28
Lut-2015

Yangon. Zderzenie z prawdziwą Birmą

yangon4

Przygotowując się do poprzednich wyjazdów lubiłam zanurzyć się w internecie i książkach, by zaczerpnąć wiedzę o nowych miejscach. Ta podróż jest nieco inna – kraje zmieniam średnio co trzy tygodnie i gdybym chciała mieć przewodnik o każdym z nich, mój plecak byłby po brzegi wypełniony makulaturą. Zatem nie czytam nic. To spontaniczno-ignoranckie podejście świetnie się dotąd sprawdzało. Niestety nie w Birmie…

Ludzie pytali mnie dlaczego Birma. Nie do końca potrafiłam odpowiedzieć, gdyż nie miałam dużej wiedzy na temat tego kraju. Na stosunkach międzynarodowych pojawiały przedmioty o Azji, ale Birma była za każdym razem pomijana. Pociągała mnie jakaś magiczna otoczka wokół tego kraju. Fakt, że przez tyle lat był zamknięty i niedostępny dla turystów sprawił, że w końcu sama chciałam sprawdzić czym się tak wszyscy fascynują. Dzień przed trekkingiem po Himalajach kupiłam bilet Bangkok-Yangon za 100$ z wylotem za 10 dni.

Zarezerwowałam bilet na stronie Air Asia i ruszyłam w drogę. Trzeciego dnia wspinaczki zorientowałam się, że nie dostałam żadnego potwierdzenia na maila, a do lotu został już tylko tydzień. Okazało się, że moja płatność nie przeszła. Martwiłam się, że nowy bilet będzie o 100% droższy, ale ostatecznie zapłaciłam połowę mniej, czyli 50 dolarów za lot w dwie strony…!

Samolot był prawie pusty – chyba dlatego cena poszła w dół. Rozsiadłam się wygodnie obok Fina, który leciał do Birmy, by… poleżakować na plaży. To tam są plaże? Ludzie jeżdżą tam, by odpocząć? A co z fascynującą historią, zabytkami? To ich nie interesuje? To był pierwszy moment, w którym pomyślałam sobie, że dobrze by było coś poczytać.

Pierwsze zderzenie z krajem i pierwsze ogromne zaskoczenie. Lotnisko w Yangon jest nowoczesne, przestronne, wyłożone świecącymi płytkami. A myślałam, że będzie przypominać śląskie dworce z lat 90-tych. Przeszłam odprawę paszportową i wsiadłam do taksówki, mocno się o nią targując. Ostatecznie okazało się, że trochę przepłaciłam. 7 dolarów do centrum miasta to max. Szerokie ulice, mnóstwo kwiatów, ogromne bilbordy. Widocznie nie trzeba być otwartym dla turystów, by jakoś sobie radzić. I pary trzymające się za ręce! Już dawno nie przebywałam w kraju, w którym okazywanie uczuć w miejscach publicznych jest dozwolone. Ciepło się robi na sercu.

Hostel był zaskakująco czysty, wifi zaskakująco szybkie i obsługa zaskakująco miła. A Shwedagon Pagoda zaskakująco piękna. Tak jak w Krakowie turyści zwiedzają 10243482348 kościołów, tak w Birmie zwiedza się pagody, które można liczyć w dziesiątkach, setkach, tysiącach. Wystarczy, że siadam obok pomnika Buddy i obserwuję ludzi gorliwie modlących się i składających dary w postaci kwiatów, ciastek i gotówki. Mogę tak spędzać całe godziny i dnie.

Nie miałam pojęcia od czego zacząć moją podróż po Birmie. Poprosiłam więc recepcjonistę z hostelu, by kupił mi bilet do pierwszego lepszego miasta. I tak po 8 godzinach jazdy lodowatym autobusem wylądowałam w Mandalay. W Indiach i Nepalu działałam bez planu, nie rezerwowałam noclegów i przejazdów. W Birmie nie wychodziłam najlepiej na mojej spontaniczności. Po Mandalay kręciłam się dobrą godzinę. Była 5:00 nad ranem i albo właściciele guest housów nie otwierali drzwi, albo odsyłali mnie z kwitkiem. Ostatecznie przyjęli mnie w hostelu o wdzięcznej nazwie Dreamland… Rzeczywiście było trochę jak w bajce. Różowy 6-osobowy pokój,  a w nim tylko ja.

dreamland

yangon2

yangon3

yangoon1

2

 likes / 11 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

Oh no...This form doesn't exist. Head back to the manage forms page and select a different form.

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec