27
Paź-2017

podróż do Nepalu

Pragniemy czegoś, nie do końca rozumiejąc dlaczego. I to uczucie, głęboko w nas zakorzenione wypływa. Podążasz za nim?

Gdy obudziłam się 1 stycznia zadzwoniłam do przyjaciela i powiedziałam mu, że chcę wrócić do Nepalu. Ten kraj zmienił bieg całej podróży dookoła świata, którą skończyłam w ubiegłym roku. Tak naprawdę zmienił bieg ostatnich trzech lat. To, co tam się wydarzyło i kogo tam spotkałam rozpoczęło szereg poszukiwań. Siebie, domu, miłości, misji, rodziny, akceptacji. Prawdy.

Wracam. Żeby coś zamknąć. A może żeby coś otworzyć? Już czuję, że lądując w Kathmandu wszystko wróci. To, o czym nie miałam odwagi pisać na blogu, ale o czym opowiedziałam w pierwszych rozdziałach książki, które poszły do mojej redaktorki, sióstr i najbliższych przyjaciół. A w przyszłym roku trafią do waszych rąk.

Widzisz, z podróżami jest tak. Wyruszasz w świat, żeby posmakować inności. Znajdujesz się na nieznanym terenie, wspinasz się na trudne szczyty, wchodzisz na stare ruiny ukryte w gęstej dżungli.

Spotykasz kogoś, z kim dzielisz czasem tylko jeden posiłek, ale jedna rozmowa wystarcza, abyś dojrzał w sobie ważną prawdę.

Wybudzasz się z długiego snu, w którym przesypiałeś swoje pragnienia. I gdy w końcu się budzisz…

Trzeba wrócić do domu.

I wracasz, ale nic nie jest takie samo.

Kto z nas tego nie doświadczył? Kilka dni po powrocie z podróży myślimy o kolejnej. Czasem dobrze nie przekroczymy progu mieszkania, a już mamy w głowie plan następnej wyprawy. Zdarza się, że chcemy zasnąć. Uśpić to pragnienie, które mówi… Jedź.

Dlaczego ono się pojawia?

Wchodząc na dziewicze szczyty, nurkując, przemierzając zatłoczone ulice rozklekotanym motocyklem… Jesteśmy tu i teraz.

Ten stan nas tak bardzo pociąga. Za nim tęsknimy i chcemy do niego wracać.

Tak jak pianista, który z pasją opowiada historię swoją melodią. Gra z zamkniętymi oczami i z przejęciem buja się w rytm piosenki. Nie myśli o tym, co zrobił źle, co go jutro czeka, czyje oczekiwania spełnić i co przygotować na kolację. Jest tu i teraz.

Tak jak rowerzysta, który zjeżdża ze stromej góry. Omija kamienie, konary przykryte gęstym błotem, przejeżdża między strzelistymi drzewami. Jest tu i teraz.

Jestem w drodze od prawie trzech lat. W górach, w potężnych Himalajach zaczęłam się wybudzać z długiego snu. Zaczęłam uczyć się żyć tu i teraz. Jadę do Nepalu, bo na chwilę zapomniałam jak to jest. Cztery miesiące w Australii były szalenie piękne, ale i trudne. Wybiegałam myślami w przyszłość znacznie częściej, niż celebrowałam codzienność. Uciekałam od tego, co ważne.

W górach nie ma ucieczki. Nie możesz uciec od siebie.

Bez telefonu, internetu, zewnętrznych nacisków i głosów… Jesteś sam ze sobą, w obliczu potężnej natury.

Widzisz, z podróżowaniem jest tak, że jedziesz po jedno, a wracasz z czymś zupełnie innym. Dwa lata temu miałam po prostu wybrać się na dwutygodniową wędrówkę do Sanktuarium Annapurny (4130 m n.p.m.). Ale to doświadczenie było czymś więcej niż wspięciem się na cztery tysiące.

Dlatego znowu idę w Himalaje. Zamierzałam zdobyć Everest Base Camp, ale zapomniałam, że ląduję w środku sezonu, co oznacza, że szlak jest codziennie zadreptywany przez setki osób. A ja jadę po to, by usłyszeć głos ziemi, a nie ludzki krzyk. Chcę pobyć z naturą, z samą sobą, poćwiczyć życie w teraźniejszości. Dlatego prawdopodobnie wyruszę w mniej popularny, trzytygodniowy trekking wokół Manaslu. Pętla wokół masywu przebiega częściowo wzdłuż granicy z Tybetem (5100 m n.p.m), co jeszcze bardziej przekonuje mnie do wybrania tego szlaku. Jednak jeśli zdecyduję się na to przejście muszę znaleźć przewodnika. Pod Manaslu turystyka nie jest jeszcze masowa. Indywidualni turyści nie mogą otrzymać pozwolenia na trekking. Szlak przebiega przez obszar chroniony – Manaslu Conservation Area Project (MCAP). Konieczne jest wykupienie w Katmandu biletu wstępu na teren rezerwatu, zatrudnienie przewodnika i… znalezienie drugiego partnera (nie można pokonywać tej trasy solo).

A partner już się chyba znalazł… Z Olivierem wpadaliśmy na siebie przez całą podróż z Perth, przez Kuala Lumpur do Kathmandu. Siedzieliśmy rząd od siebie na dwóch lotach. Spotykaliśmy się przy wszystkich możliwych lotniskowych bramkach. I mów tu człowieku o przeznaczeniu ;).

Przez najbliższe dni zamierzam przygotować się sprzętowo do trekkingu. Nie mam kurtki, czapki, rękawiczek. Tylko kambodżańskie japonki i kilka koszulek. Trzy tygodnie temu siostra wysłała moje buty i śpiwór do hostelu w Kathmandu, w którym się zatrzymałam, ale niestety jeszcze nie dotarły. Pójdę więc poszukać ich na poczcie, a potem zorganizuję pozwolenie na wstęp do rezerwatu. Motocyklem :).

Wczoraj wieczorem, gdy wylądowaliśmy w Kathmandu Olivier wziął mnie na przejażdżkę motocyklem. Pojechaliśmy do Wielkiej Stupy Boudhanath, gdzie obserwowaliśmy pogrążonych w modlitwie mnichów. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się znaleźć małą budkę, w której dwa lata temu jadłam najlepsze pierożki momo. Smakowały doskonale.

Zajrzyjcie dziś na insta stories @nadiavstheworld – żeby zobaczyć, jak się jeździ motocyklem po Kathmandu ;). Nagrałam nasz powrót do hostelu, pełen mini-wypadków i zawałów serca. Postaram się nagrywać stories przez kilka kolejnych dni. A potem odłączam się od świata. Zostawiam telefon, laptopa i Canona w hostelu. Wrócę do was po 22 dniach.

Cieszę się na tę przygodę. Wczoraj Olivier zapytał mnie czego najbardziej oczekuję… I mogłabym odpowiedzieć, że cieszę się na czas ze sobą, spotkania z lokalnymi ludźmi, wędrówkę wśród ośmiotysięczników, czekam na to odcięcie się od świata… Ale wiem, że cokolwiek dziś powiem, jutro nie będzie aktualne.

Wiem, że to, co najcenniejsze poznam dopiero na miejscu.

 

0

 likes / 3 Komentarze
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • M.S

    Jesteś dla mnie Nadio niesamowitą inspiracją. Czytając ten wpis czułam jak moje pragnienia ukryte gdzieś głęboko domagają się żeby je zacząć realizować. Cieszę się, że mogę na bieżąco czytać o losach kogoś, kto nie boi się żyć w zgodzie z własną naturą (to zadziwiające i niezwykle przykre, że ludzie spełniają oczekiwania innych zamiast słuchać samych siebie). Mogłabym pisać i pisać, bo mam w głowie mnóstwo pozytywnych przemyśleń na temat tego co robisz. Jednak napiszę prosto: jestem wdzięczna. Dziękuję, że się z nami dzielisz tym wszystkim 🙂
    Pozdrawiam !

    • Czuję dokładnie to samo! Mało tak inspirujących osób udaje mi się spotkać na mojej drodze. Ale właśnie dzięki nim, nie boję się próbować i realizować swoich celów 😉

      Dziękuję ♥

  • aż mi ciarki przeszły <3 powodzenia!:*