street food in india

Dzień dobry, jestem weganką, możecie coś dla mnie przyrządzić? W Azji nie zadaje się takich pytań. Popatrzą na ciebie jak na kosmitkę, po czym zaserwują ryż z jajkiem i rybą. W najlepszym przypadku dostaniesz same warzywa, ale pokropione sosem ostrygowym, który tam uwielbiają. No to smacznego!

Tak naprawdę nie taki diabeł straszny, jak go malują. Dieta wegańska jest prosta i tania, wielokrotnie płaciłam 2 lub 3 razy mniej za obiad, niż moi niewegańscy koledzy. No bo co jest droższe – ryż z fasolą czy ryż z fasolą i kurczakiem? Czytających to mięsożerców pragnę przestrzec, że w krajach azjatyckich mięso zarówno w restauracjach jak i sklepach wystawiane jest na pożarcie… much i prażącego słońca. Owady degustują sobie każdą potrawę, nikt ich nie odgania, bo po co. Nie ma też mowy o trzymaniu mięsa w lodówce. Czasem w gorących krajach warto jeść wegetariańsko, by nie nabawić się problemów żołądkowych. A teraz do rzeczy…

Weganka w Azji

Od zawsze lubiłam indyjską kuchnię. Kiedyś miałam przyjemność mieszkać z Hindusem przez ponad rok, który często dla mnie gotował. Już wtedy byłam zachwycona ichniejszym bogactwem smaków i kolorów. W Indiach moje kubki smakowe szalały z radości, do tego nie musiałam się zastanawiać czy ktoś przez przypadek nie wrzucił mi kurczaka do talerza. Stołowałam się na ulicach za 80 groszy, każdego dnia próbowałam nowych potraw, moja dieta była różnorodna, tuż po obiedzie myślałam o tym, co zjem na kolację. Jedyne na co musiałam uważać to masło ghee i ser paneer. Tylko w turystycznych miejscach i dużych miastach uświadczysz kartę dań po angielsku, dlatego wszystko trzeba tłumaczyć kucharzowi czy kelnerowi, ale nie stanowi to większego problemu, gdyż sporo Hindusów mówi po angielsku. Będąc w Varkali – popularnym kurorcie – miałam ochotę na lody. Zapytałam sprzedawcę czy ma jakiś smak bez mleka, na co odparł, że wszystkie.

– Waniliowe też są bez mleka?
– Tak, jasne!
– Czekoladowe też?
– No pewnie!
– Chciałabym tylko dodać, że jeśli zjem lody na mleku to padnę tu panu na podłogę. Mam alergię.
– Przepraszam madame, wszystkie są mleczne. Nawet te truskawkowe 🙁

Takich sytuacji było na pęczki. Ludzie chcą sprzedać towar i nie obchodzą ich zachcianki panienki z Europy. Dlatego prawie zawsze informuję obsługę, że mam alergię. Wówczas jedzenie przygotowywane jest ze szczególną ostrożnością.

Podczas trekkingu w Nepalu zrzuciłam kilogramy, które przybrałam w Indiach. Wioski z małymi barami rozsiane są co kilka kilometrów, menu w każdym takie samo. Ryż z warzywami, makaron z warzywami, ewentualnie zupa z makaronem. I właśnie te trzy dania jadłam przez prawie dziesięć dni. Acha, do tego prawie codziennie zamawiałam porcję frytek! Bo mają takie domowej roboty, krojone z miłością, smażone na głębokim oleju w starych blaszanych garnkach. Po zejściu do miasta okazało się, że każda knajpa ma angielskie menu i ogromny wybór dań wege. Po miesiącu tęskniłam już za pizzą (bez sera) i prawdziwym makaronem, więc raz czy dwa zamówiłam sobie coś zachodniego. Koniecznie spróbujcie nepalską wersję hinduskiego thali.

food vegan

Wegańskie jedzenie w Birmie to po prostu wielki bufet. Do wyboru są smażone makarony, sałatki, fasole, zupy i wszechobecny ryż. Człowiek by się zdziwił, jaki mają duży wybór wege potraw. W buddyjskich krajach zawsze będzie łatwiej o kuchnię bezmięsną. W europejskich hostelach na śniadanie dostaje się tosty z dżemem i kawę, z kolei w Azji często są dania stricte obiadowe. Do Mandalay dotarłam o piątej nad ranem. Nawet się nie kładłam, tylko czekałam na otwarcie jadalni, którą była maleńka, prowadzona przez rodzinę knajpka po drugiej stronie drogi. Mogłam wybrać dowolną potrawę z karty. Zamówiłam ryż z warzywami i cierpliwie czekałam na swoją kolej. Jeden kęs, drugi kęs, trzeci kęs, kurczak. Cholera. Przecież ryż z warzywami to chyba najprostsza do zrobienia potrawa! Nie da się tego schrzanić – pomyślałam. Podeszłam do lady i powiedziałam, że nie jem mięsa. Panie od razu zrozumiały, że jestem buddyjką i tak strasznie zaczęły mnie przepraszać, że zrobiło mi się głupio. Wtedy uświadomiłam sobie, że:
a) Muszę się nauczyć jak powiedzieć „jestem weganką” po birmańsku,
b) ale przecież nie zapamiętam nazw wszystkich produktów, których nie jem, więc
c) powinnam zrobić tłumaczenie na kartce, a wszystkim dookoła mówić, że jestem buddyjką.
Kartka wystarczyła.

kartka

Nadszedł czas na upragnioną Tajlandię, o odwiedzeniu której marzyłam od wielu lat. W 2013 roku miałam nawet kupione bilety na samolot, ale biuro splajtowało i zostałam bez niczego. Sam kraj mnie nieco rozczarował (tylu turystów nie widziałam nawet na Time Square), ale kuchnia dała radę. Rozkoszowałam się w mleku kokosowym, kremowych sosach curry, świeżej, jasnozielonej bazylii, dojrzałych nerkowcach, sałatkach z mango i ryżu jaśminowym. Potrawy znacząco się od siebie różniły, kucharze nie pozwalali, bym znudziła się podobnymi smakami.

Indonezja to kraj ludzi z wielkimi sercami. W moim azjatyckim TOP 10 jest na 4 miejscu, ale co jakiś czas wraca na podium. Są tam plaże z białym piaskiem i lazurową wodą, rafa koralowa, najstarsze buddyjskie zabytki, cała masa wulkanów, a jedyne czego nie ma to dobrego wegańskiego jedzenia. O ile w większych miastach można znaleźć wegetariańskie knajpy, tak we wioskach czy na wyspach jest o to ciężko, a kuchnia narodowa nie jest pro-wege. Po kilku dniach byłam zmęczona wsuwaniem rozgotowanego ryżu z drobną czarną fasolą i musiałam stołować się w restauracjach dla turystów. Co prawda właściwie wszędzie dostępny jest tempeh, ale niestety mnie jakoś szczególnie nie podszedł. Największym przysmakiem Indonezji, który sobie chyba zaraz przygotuję jest smażony banan! I to właśnie banan jest moim najmilszym kulinarnym wspomnieniem z tego kraju.

fried bananas

Jedzenie wegańskie w Azji jest dostępne, smaczne i kolorowe. W niektórych krajach gorsze, w innych lepsze, a najlepsze oczywiście w Indiach… Mogłabym tam wrócić, tylko po to, by stanąć na zatłoczonej ulicy i zjeść gorącą masalę dosa. Mniam!

Top 3 – najlepsze porady dla podróżujący wegan i wegetarian

1. Jedzenie na co dzień

– Przyzwyczaj się do jedzenia niewielkich posiłków – owoców, orzechów, warzyw i nasion. Jednym z największych błędów tego wyjazdu był brak planowania diety. Będąc w Polsce robię zakupy na 2-3 dni, w podróży kupuję to, co jest mi w danej chwili potrzebne, by nie dokładać sobie dodatkowych kilogramów do plecaka.
– Nie w każdym mieście można znaleźć wegetariańską czy wegańską knajpę, ale każde miasto ma targ czy supermarket, gdzie można zaopatrzyć się w tony kolorowych warzyw i owoców.
– Podróżując starałam się spać w miejscach z dostępem do kuchni, dzięki czemu mogłam gotować wegańskie obiady. W praktyce jednak często byłam zbyt zmęczona lub zabiegana i jadłam na mieście.

2. Jedzenie na mieście

Nieocenioną kopalnią informacji na temat wegańskich knajp jest strona happycow.net. To właśnie na tym portalu szukam restauracji, gdy jestem znudzona ulicznym jedzeniem lub mam ochotę zjeść „bezpieczny” posiłek. Wchodzę na mapę i sprawdzam, która knajpa znajduje się najbliżej mojego hostelu. Zdziwilibyście się ile tego jest! Ponadto każdy kraj ma swoją narodową wegetariańską potrawę, która w wielu przypadkach jest wegańska lub może być tak przyrządzona. Dlatego nie zawsze trzeba się stołować w wegetariańskich knajpach.

3. Jedzenie w autobusie, pociągu, samolocie

Do każdej podróży samolotem, autobusem czy pociągiem przygotowuję się w ten sam sposób. Zabieram ze sobą migdały, paczkę płatków owsianych, suszone śliwki lub mango, dwa banany i butelkę wody. Przynajmniej 48 h przez wylotem dzwonię do linii lotniczych i zamawiam wegański posiłek. Lubię zjeść coś ciepłego nawet na krótkich 3-godzinnych lotach z AirAsią. Ku mojemu zaskoczeniu jedzenie w samolocie jest całkiem znośne. To pewnie dlatego, że zawsze zamawiam potrawę kuchni indyjskiej… Warto zadbać o prowiant i zamówienie obiadu, bo bez tego pozostanie zostanie ci zapychanie się tłustymi czipsami. Ble.

Uff. To był długi post. Czy pomógł niektórym z Was? Mam nadzieję, że tak! W części drugiej opowiem o wegańskim jedzeniu w Australii (które jest boskie), a w kolejnych o wegańskim jedzeniu w Nowej Zelandii, Ameryce Południowej i Europie.

6

 likes / 19 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Muszę wrzucić ten post do ulubionych i przypomnieć go sobie, gdy w końcu ruszę do Azji 🙂 Czekam na kolejne z tej serii!

  • Moje doświadczenia z Azją ograniczają się do Turcji i tam moje wegańskie ekscesy szybko się skończyły. Wróciłam do diety wegetariańskiej, ale jakoś nie popadłam w depresję, bo jadłam przepyszne rzeczy. W Turcji niestety pojmowanie wegetarianizmy jest taki, że kurczak i ryba, to nie mięso. Hasło weganizm doprowadziłoby moich rozmówców do apopleksji, więc nawet nie próbowałam. W domu mogę być weganką, jednak na wyjeździe było to dla mnie uciążliwe. W szczególności, że kilkakrotnie nie jadłam obiadu, bo nie udało mi się znaleźć miejsca, w którym zjadłabym coś wegetariańskiego.

    • Z tym kurczakiem i rybą podobnie jest w Polsce. Nie mogłaś czasem znaleźć nic wegetariańskiego? W Turcji?? Wow, nie spodziewałabym się!

      • No wiesz, mogłam jeść na okrągło sałatkę pasterską i pitę, ale po 20 dniach takiej diety, wychodziłyby mi te potrawy uszami (dosłownie i w przenośni). Czytam teraz książkę napisaną przez dwie Polki mieszkające w Turcji i ich doświadczenia z proszeniem o coś bez mięsa jest podobne do moich. W teorii w dużych miastach powstają knajpy wege, a w bardzo turystycznych miejscach wiedzą, co to wegetarianizm. O weganizmie chyba mało kto słyszał.

  • Jako stuprocentowy mięsożerca podziwiam każdego weganina. Uważam, że to naprawdę wielkie wyzwanie, aby w czasie podróży zadbać o zbilansowaną dietę i przekazać kelnerowi/kucharzowi swoje wymagania dotyczące produktów, które można spożywać. Jak widać doskonale sobie radzisz! Kartka z tłumaczeniem to świetny pomysł! 🙂

  • Łukasz | Kartka z Podróży

    Taki ładny uśmiech na pierwszym zdjęciu, że nawet nie pamiętam o czym jest wpis.A tak na serio, to wegańskie jedzenie jest bardzo fajne i przede wszystkim zdrowe. Mój znajomy podczas nocnego kursu autobusem w Nepalu skosztował wegańskich pyszności na jednym z postojów pośrodku nocy. Tak go to jedzenie ożywiło, że szybciej biegał do toalety na każdym przystanku niż jamajski sprinter na setkę. Chociaż nie na każdego to tak działa, ponieważ ja natomiast po wegańskim jedzeniu w Indiach ledwo co wypełznąłem z samolotu na lotnisku w Warszawie. No, ale co nas nie zabije, to nas wzmocni. Hej!

  • Kolejny wpis o Azji sprawia, że jeszcze bardziej chcę ją odwiedzić 😀 Co prawda do wegan się nie zaliczam, ale chętnie spróbowałabym różnych, azjatyckim smaków – wegańskich także.

  • Weganem nie jestem, ale nie jestem też mięsożercą. Raz na jakiś czas zjem kurczaka czy jakiś inny rodzaj mięsa, ale rzadko. To dobrze, że w sumie mogłaś jednak coś dla siebie znaleźć i zjeść. Kartka mnie nieco rozbawiła, ale jestem przekonany, że to świetny pomysł na tłumaczenie i poinformowanie o tym co się je, a czego nie 🙂

  • Kiedy już ktoś totalnie nie potrafi zrozumieć, że naprawdę nie jem np nabiału, też używam motywu z alergią 😀 Szczerze mówiąc, Azjaci okazują się o wiele bardziej wyrozumiali niż Polacy. Z reguły nie mam problemu z zamówieniem wegańskiego jedzenia, nawet jeśli kelnerka patrzy na mnie dość dziwnym wzrokiem, a spotykam się za to z komentarzami moich polskich znajomych (jeśli już się spotkam z nimi raz na sto lat), że „przecież nic ci się nie stanie, jak weźmiesz gryza, no zobacz jaka pyszna wołowinka”… Ostatnio miałam kilka takich sytuacji, jako że przebywam na co dzień w gronie Polaków i powoli zaczyna to męczyć :/

    • Nie tylko Polacy… Tu w Australii jak się zjedzie rodzinka to też co chwilę rzuca teksty o pysznym steku czy kiełbasce. Ja im nie zachwalam smaku brokułów i nie wrzucam nic do talerza. Przykre to.

  • Zostaję wegetarianka (weganka nigdy nie będę) regularnie od kilku lat i na każdym większym wyjeżdzie wracam do tradycyjnej kuchni :/

  • Dla chcącego nic trudnego! Ja bardzo lubię mięso, w Polsce jem je codziennie, ale jakoś w innych krajach… niekoniecznie 🙂

  • No ale jak to w końcu jest, masz uczulenie czy wybrzydzasz, panno z Europy? 😉
    Bo uczulenie to rozumiem, sama mam – np. na jabłka. Ale jeśli to tylko zachcianka, to raczej nie żądałabym ciągle specjalnego traktowania i jadła to, co inni. No ale ja nie jestem „vege”.

    • Ani jedno, ani drugie. Nie chcę przykładać się do wzrostu cierpienia na świecie. Wychodzę z założenia „żyj i daj żyć innym”. Odrzucając jedzenie zwierząt żyję w zgodzie z własnym sumieniem, z drugiej strony nastawiam się na krytykę innych. Czasem jest bardzo ciężko, ale czuję, że robię dobrze.

  • Gratki za konsekwencje i determinacje!

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec