brisbane kangaroo

Nadszedł ostatni dzień ukochanej nadopiekuńczości mojej rodziny. Skończyły się podwózki, zaplanowane na ostatni guzik wycieczki, wspólne lunche i kolacje. Czas wrócić do mojej backpackerskiej rzeczywistości i znaleźć sobie transport, miejsce do spania i jedzenie.

Czas wydać ciężko zarobione korony, najlepiej w jakiejś dobrej knajpie. Trafiam na porę obiadową, a co za tym idzie wszystkie restauracje są pełne. Wybieram tę najbardziej autentyczną, australijską, po brzegi wypełnioną mieszkańcami Brisbane i zamawiam duże LOKALNE piwo. Nie przejmuję się ceną, co zauważa mój sprytny kelner. Piwo jest dobre, delikatne, trochę słodkie. Dopiero spoglądając na rachunek orientuję się, że sprzedano mi Peroni. No tak, iście lokalny trunek. I do tego najdroższy. Ciocia mówiła mi żebym raczej nie zostawiała napiwków, bo nawet obsługa restauracji zarabia tu niezłą kasę, jakieś 20-25$/h. Pracując jako kelnerka w Norwegii dostawałam 50 zł na godzinę, ale i tak miło było otrzymać tipa. Dlatego zostawiam jakiegoś grosza i idę się zgubić.

Uwielbiam być sama w obcym miejscu, bez mapy i pomysłu. Cholernie za tym tęskniłam. Kupuję puszkę coli, siadam na ziemi i obserwuję uśmiechniętych przechodniów. Po chwili podchodzi do mnie kobieta i pyta o drogę do Forever 21. Myśli, że jestem stąd, że mieszkam w Brisbane, że jestem miejscową dziewczyną. Ale fajnie – powtarzam w myślach. Tak, wiem, gdzie są największe sklepy z ciuchami, bo swoje zwiedzanie zaczęłam od wizyty w centrum handlowym. Szczerze mówiąc nie znoszę zakupów, ale po trzech miesiącach w Azji, gdzie wszystko jest w rozmiarach xxxxxs a ubrania sprzedaje się na ulicach, miałam ochotę wejść do czystej, pięknej, chłodnej galerii. Zakupowe szaleństwo skończyło się na wybraniu jednej sukienki – więcej nie zmieściłoby się do mojego 1o-kilogramowego plecaka.

W Brisbane wszyscy są Australijczykami. Pani sprzątająca z Filipin, sprzedawca gazet z Indii, student z RPA i dzieci polskich emigrantów. Rozmawiam z nimi i czuję, że są dumni z tego, że tu mieszkają, asymilują się i nie chcą wracać do swoich krajów. Kto by chciał opuszczać tę cudowną ziemię. Serio, zaczynam się zastanawiać nad przeprowadzką. Gdybym przyleciała tu na wizie working holiday, to pewnie bym już została. Niestety wszystkie wizy na 2015 rok rozdano w połowie marca. No cóż, przede mną i tak kawałek świata do zobaczenia. Jeszcze pomyślę.

Po kilku godzinach szwędaczki docieram do informacji turystycznej, gdzie dowiaduję się o istnieniu darmowego promu, który obwozi turystów po największych atrakcjach miasta. Wsiadam i podziwiam strzeliste, tonące w zieleni biurowce, doskonale zaprojektowaną okolicę rzeki, mieszkańców leniwie spacerujących po deptaku i mnóstwo, mnóstwo rowerzystów i biegaczy. Powietrze pachnie niedzielą, a dziś jest przecież poniedziałek. Wegańskie jedzenie jest na każdym rogu, nawet w… McDonaldzie! Pierwszy raz od dłuższego czasu czuję się bezpieczna. Nikt mnie nie zaczepia, nie zagaduje, nie proponuje podwózki. Słucham Taylor Swift, podskakuję jak mała dziewczynka i rozdaję ciepłe uśmiechy. Tak mi tu dobrze.

chilling in Brisbane

Brisbane bridg Brisbane people post office square brisbane skyscrapers brisbane city hall

1

 likes / 17 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

Oh no...This form doesn't exist. Head back to the manage forms page and select a different form.

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec