Himalayas 1Na termometrze 0 stopni. Zwlekam się z zimnej podłogi, biorę łyk lodowatej wody i wchodzę pod chłodny prysznic. A w głowie tylko jedna myśl – dziś zobaczę najwyższe góry świata.

Nocleg w Kathmandu znajduję przez Couchsurfing. Pierwszą noc spędzam u Nepalki Anu, właścicielki agencji turystycznej, która otwarcie oznajmia, że założyła profil na tym portalu, by sprzedawać swoje wycieczki. Jak tłumaczy obie strony zyskują – ona oferuje miejsce do spania, a chętni mogą dodatkowo skorzystać z oferty jej biura.

Nie wiedziałam co robić. Bałam się samotnie wyruszyć w góry, ale jednocześnie miałam nadzieję, że spotkam kogoś podczas trekkingu i nie będę musiała pokonywać całej trasy sama. Już prawie zapłaciłam Anu 520$ za osiem dni trekkingu. To naprawdę miła dziewczyna. Codziennie 30 dolarów miało iść do kieszeni przewodnika, a 35 na jedzenie i zakwaterowanie podczas wejścia na Annapurna Base Camp. Ostatecznie postanowiłam pojechać na własną rękę i była to najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć…

Dzień 1
Kathmandu-Pokhara

Anu jest kochana. Godzi się zostać na noc w jej biurze, żebym miała bliżej na dworzec. Jej dom położony jest 20 kilometrów od stacji autobusowej, więc taksówka mogłaby mnie sporo kosztować. Śpimy na dwóch złączonych kozetkach, 10 centymetrów nad podłogą i próbujemy przetrwać lodowatą noc. Następnego dnia rano otwieram oczy, przeciągam się i marzę o gorącej herbacie. Aha, znowu nie ma prądu. Przede mną 7-godzinna podróż do Pokhary o pustym żołądku. Wszyscy narzekają na kręte i dziurawe drogi. Hehe, przejedzcie się do Indii! To był naprawdę fantastyczny pomysł, by właśnie tam rozpocząć moją podróż. Ludzie w kółko, że łazienka brudna, że syf na ulicach. Mnie nic nie rusza 🙂 Docieram do (czystego!) hostelu i okazuje się, że moja samotna wycieczka po Himalajach już nie będzie taka samotna.

stairs

Dzień 2
Phedi – Tolka

Chyba znowu zacznę dzień bez śniadania, bo masło orzechowe, które wczoraj kupiłam pokryte jest pleśnią. Nasz trekking zacznie się z godzinnym opóźnieniem, bo teraz posłuszeństwa odmawia karta pamięci. Spakowani i gotowi do drogi zatrzymujemy się w sklepie z elektroniką, gdzie dzień wcześniej kupiłam kilka rzeczy. Ha, nie wierzę, przyjmują reklamację! Dostaję nową kartę, hurra! Trochę mi głupio, że przeze mnie straciliśmy sporo czasu, ale wygląda na to, że moich kompanów – Toma z Australii i Pawła z Polski – kompletnie to nie rusza. Pochłonięci są rozmową o polityce i każdy po trochu narzeka na swoje podwórko. Kierowca dorzuca trzy grosze i po chwili czuję się jakbym na chwilę wróciła do kraju… 😉

Zaczynamy! Słyszałam, że na początku będą schody, dużo schodów. Po 10 minutach Paweł mówi, że nie da rady. Z kolei dla Toma tempo jest stanowczo za wolne, więc żegna się z nami i obiecuje spotkać nas w Tolce, gdzie planujemy zatrzymać się na noc. Ludzie, w życiu nie przeszłam tylu schodów. Wychodzisz pod górę przez wiele godzin i gdy wydaje ci się, że to już koniec zza zakrętu wyłaniają się kolejne stopnie. Na szczęście siły dodają widoki… I moja determinacja. Przypominam sobie swoją porażkę z norweskiej Trolltungi i wiem, że powtórka nie może mieć miejsca. To przecież Himalaje! Być może już nigdy tu nie wrócę.

Po 7 godzinach docieramy do wioski, w której spędzimy noc. Szczerze polecam pierwszy guest house po prawej. To pierwszy i ostatni raz w Nepalu, gdy spotykam tak życzliwych i uśmiechniętych ludzi. Nie przeszkadza mi brak ogrzewania, kiepskie warunki i zimna woda w kranie. Gospodarze swoją gościnnością wnoszą ciepło w każdy kąt.

fish nountain

Dzień 3
Tolka – Jinu

Wow. Taki widok z samego rana. Wstajemy po 7:00, by rozpocząć kilkugodzinną przeprawę przez górskie wioski.

Wydaje się, że jesteśmy już tak blisko… A przed nami jeszcze trzy dni drogi. Tego dnia mijamy dziesiątki dzieciaków, które proszą nas o długopis lub czekoladę. Rozdajemy więc słodkości i zostawiamy 10 dolarów dla miejscowej szkoły. Idę wolno. Chcę być sama, pogadać ze swoimi myślami. Najchętniej przeszłabym całą trasę bez nikogo, ale ze względów bezpieczeństwa lepiej mieć przy sobie drugą osobę. To góry, a one lubią być nieprzewidywalne – o czym się później przekonam… Mój wewnętrzny monolog zatrzymuje przebiegające przez most stado owiec. Co za widok! Docieramy do kolejnej wioski, której największą atrakcją są gorące źródła. W tym miejscu poznaję Francuzkę Lucy i trzymam się z nią do końca mojego trekkignu.

sheep

hot springs

Dzień 4
Jinu – Bamboo

Sytuacja z pogodą się powtarza. Rano jest pogodnie, a popołudniu robi się pochmurnie i deszczowo. Tego dnia na pierwszym odcinku towarzyszy nam ślepy pies, który postanawia wspiąć się z nami na kolejny szczyt. Jest uroczy… Wczuwa się w rolę stróża i nie pozwala innym turystom zbliżyć się do nas choć na krok, warczy, jeży się, szczeka… Bamboo, nasz dzisiejszy cel jest miejscem, w którym zawsze pada. Nie mam pojęcia jak właściciele pensjonatów suszą pościel. Chyba jej w ogóle nie piorą… Moja śmierdziała stęchlizną. Tego dnia kąpię się pod najbardziej obleśnym prysznicem jaki w życiu widziałam, ale nie powinnam narzekać, bo to ostatni strumień ciepłej wody przed podejściem na szczyt. W Bamboo rosną drzewa bambusowe, dzięki którym zaopatrzamy się w bambusowe kije trekkingowe. Każdemu z was radzę kupić albo wypożyczyć porządne kije w Pokharze lub znaleźć bambusy na szlaku. Wspinaczka bez ich użycia jest 100 razy trudniejsza. Tylko miejscowym tragarzom nie są one potrzebne. Noszą na plecach/głowie zaopatrzenie o wadze kilkudziesięciu kilogramów. Każdego dnia pokonują długie trasy w japonkach i cienkich sweterkach. Wielki szacunek dla tych ludzi. Obserwując tragarzy i ich rodziny nasunęła mi się pewna refleksja. Bieda ma tu inny wymiar niż w Indiach. Jest trochę weselsza.

Z każdym dniem trekking jest coraz łatwiejszy, a widoki coraz piękniejsze.

sunrise

Dzień 5
Bamboo – Deurali

W końcu spotykamy ludzi! W guest housie na wysokości 3200 m roi się od górołazów, aż dla niektórych brakuje miejsca do spania. Lucy, która wspina się z tragarzem, żałuje, że skorzystała z usług agencji. Ta obiecała jej jedynkę w każdym pensjonacie i pozostawiła dowolność w wyborze menu. Jednak w Deurali o jednoosobowy pokój musiała się dosłownie wykłócać, a zamówienie dwóch potraw traktowane było jak przestępstwo. Tragarz tłumaczył jej, że nie ma zbyt dużo pieniędzy i że Lucy powinna uważać na wydatki. Z przewodnikami jest różnie. Poznałam grupę, której przewodnik od rana do wieczora chodził pijany, a na oblodzonym szlaku zamiast pomagać klientom zjeżdżał na tyłku dobrze się bawiąc. Ostatecznie został przez nich zwolniony… Agencja chciała ode mnie 35$ za wyżywienie i zakwaterowanie. Teraz już wiem ile wynosi ich prowizja. Koszt pokoju to 1,5 dolara, śniadanie 3, a kolacja 4.

35 a 10 dolarów to duża różnica. Jeżeli jednak chcielibyście dowiedzieć się czegoś więcej o górach i mijanych wioskach wynajmijcie przewodnika, ale bez korzystania z oferty żywieniowej.

Dzień 6
Deurali – Annapurna Base Camp

To dziś! Dziś napiję się herbaty na dachu świata! A właściwie pod dachem, bo na wysokości 4130 m. Zdobycie Annapurna Base Camp w zimie może być nie lada wyzwaniem – zwłaszcza przy zmiennej pogodzie i zagrożeniu lawinowym. W Deurali na 3200 m łapią mnie pierwsze objawy choroby wysokościowej. Na ból głowy pomaga zupa czosnkowa i herbata z imbirem. Robert z Kalifornii proponuje byśmy tego dnia weszli na ABC, ale na noc wrócili do Deurali, bo nie wiadomo kogo złapie AMS (acute mountain sickness). Rano czuję się lepiej niż dobrze. Zakładam na siebie wszystko co mam w plecaku i wraz z grupą 20 osób wchodzę na ostatni odcinek. To była najzimniejsza noc tego trekkingu. Trasa do MBC (młodszej siostry ABC) idzie gładko i kompletnie nie przejmuję się brakiem raków. Pod butami śnieg, na nosie okulary przeciwsłoneczne, a na twarzy wielki uśmiech. Docieramy na wysokość 3600 m i raczymy się ostatnią przed zdobyciem szczytu herbatą ze świeżym imbirem. Dopiero tutaj spotykamy Toma, Australijczyka, z którym zaczęliśmy trekking. Nie udało mu się wejść na ABC, bo dopadł go ból i zawroty głowy.

Ostatni odcinek z 3600 na 4130 metrów jest zdecydowanie najtrudniejszy. Słońce pali w twarz, szlak pokryty jest lodem, w płucach brakuje tlenu. Ludzie mnie wyprzedzają i zostaję prawie sama. Korzystając ze średniego samopoczucia robię dziesiątki fantastycznych zdjęć. Po prawie trzech godzinach zdobywam Annapurna Base Camp. Znajomi witają mnie brawami i uśmiechami. UDAŁO SIĘ! Wyciągam z plecaka polską flagę i rozpoczynam godzinną sesję zdjęciową.

Annapurna Base Camp

Ceny na ABC są kilkukrotnie wyższe. To jedyne miejsce, w którym za jedzenie, nocleg i 1000000 herbat wydałam 30 dolarów – czyli tyle, ile pobierają agencje turystyczne. Z tą samą ekipą siadam przy podgrzewanym stole i świętuję nasz sukces.

Budzę się o 23:00 z płytkim oddechem i zawrotami głowy. Będzie dobrze, będzie dobrze – powtarzam w kółko, kompletnie nie wierząc swoim słowom. Wychodzę do łazienki, gdzie prawie padam na zimną, brudną podłogę. Na pewno nie dojdę do swojego pokoju, jest on na samym końcu korytarza. Trafiam pod dwójkę, bo wiem, że znajdę tam lekarstwo na chorobę wysokościową. Zamiast grzecznie zapukać walę pięścią w drzwi czekając aż ktoś otworzy. Pierwszy wstaje Robert, po chwili podnosi się Kim i Little. Przypominają mi się słowa Amerykanina: „nie zostawajmy na noc na ABC, bo jeśli ktoś się źle poczuje, to nie będziemy mogli zejść niżej w środku nocy. To niebezpieczne”. Robert nie daje mi leku, bo nie wymiotuję i nie boli mnie głowa. Trzęsę się jak galareta, w głowie karuzela, każdy oddech sprawia mi ogromną trudność. Naprawdę myślę, że to koniec… Z chorobą wysokościową nie ma żartów. Po zawrotach głowy przychodzą wymioty, obrzęk płuc i mózgu, a niekiedy śmierć. Czasem ludzie zachowują się jakby byli pijani, mogą od tak wstać i skoczyć w przepaść. Staram się nie panikować i biorę długie, głębokie oddechy. Serce chce mi wyskoczyć z klatki. Trójka zajmuje się mną przez całą noc, nie przesypiamy ani chwili.

sunrise 1

Dzień 6
Annapurna Base Camp – Bamboo

O 6:00 zbieramy się na wschód słońca. Czuję się o niebo lepiej. Wychodzi na to, że proces aklimatyzacji przebiegł pomyślnie, szkoda tylko, że tak hardkorowo. Gdy dochodzimy na niewysoką górkę, by sfotografować najwyższe szczyty świata skąpane w porannych promieniach słońca choroba dopada Lucy. Ta zaczyna krzyczeć i odganiać nas od siebie. Zachowuje się jakby nie była świadoma tego, co robi. Patrzę jej prosto w oczy, ale widzę pustkę. Jej tam nie ma, zabrała ją chorobą wysokościowa. Tragarz sprowadza ją do schroniska i masuje jej plecy. Ciekawe w czym ma pomóc taki masaż. Wszyscy mówią, że powinien ją jak najszybciej sprowadzić niżej, jednak ten odmawia, bo szlak jest mocno oblodzony i woli poczekać, aż słońce roztopi pierwszą warstwę lodu. W tym momencie na Annapurna South (8091 m) spada lawina. Obserwujemy ją z oddali i podziwiamy to niecodzienne zjawisko.

Lucy bierze dwie tabletki Diamox-u i po kilku chwilach czuje się lepiej. U mnie wracają zawroty głowy, dlatego wbiegam do pokoju, pośpiesznie się pakuję i po chwili zaczynam schodzić. Po kilkunastu minutach ustępują wszystkie objawy choroby. To niesamowite, że wystarczy znaleźć się 300 metrów niżej, by poczuć się 100 razy lepiej. Opuszczamy zaśnieżone szczyty i wracamy do zielono-skalnych krajobrazów.

Dzień 7 i 8

Dojście do najniżej położonych miejscowości zajmuje nam łącznie trzy dni. Po drodze zahaczamy o gorące źródła i trafiamy na imprezę przewodników, którzy pijani tańczą do hinduskich rytmów. Większość klientów pozwala im zabalować przedostatniego dnia trekkingu. Docieramy do wioski, do której dojeżdżają samochody i wynajmujemy jeepa za 10$ od osoby, dzięki czemu zaoszczędzamy sporo czasu. Schodzenie po schodach przez kilka godzin dziennie nie należy do najłatwiejszych zadań, ale i tak jest prościej niż pod górę.

Dostałam to, co chciałam, a nawet więcej. Cieszę się, że skróciłam swój pobyt w Indiach o dwa tygodnie, by przylecieć do Nepalu. Nie mogłam lepiej trafić. Musicie zobaczyć Himalaje z bliska, proszę obiecajcie!

Na koniec zostawiam wam moje ulubione zdjęcia z trekkingu:

kid

Jinu

bridge

kids of Nepal

our guide

Himalaya

Nepalese

break

Himalayas

people of Nepal

the crew

montain

Hi Himalayas

ABC sunset

2

 likes / 55 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

Oh no...This form doesn't exist. Head back to the manage forms page and select a different form.

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec