05
Cze-2017

Skąd wiedzieć czy dobrze robię, czyli historia pierwszego dnia przeprowadzki do Australii

Perth (1)

Wsiadając do samolotu do Australii nie byłam pewna czy dobrze robię. Zostawiałam piękne rzeczy po to, by znowu, po raz wtóry zaczynać na nowo. Prosiłam o znak, który pomoże mi pozostać w mojej decyzji i przede wszystkim pomoże mi się z niej cieszyć.

Spojrzałam w niebo. Księżyc w półpełni wisiał wysoko, a jego poświata otulała prawe skrzydło samolotu. Chwilę wczesniej wyłączyli światło, pasażerowie przykryli się kocami i zasnęli. Tam na górze zostałam sama.

Na ziemi dużo się dzieje. W Kijowie zachwycałam się cerkwiami, cyrylicą, wsłuchiwałam w język i próbowałam odszyfrować słowo po słowie.

W Bangkoku pozwalałam gorącemu powietrzu oblepić mnie, jak wata cukrowa. Pad thai smakował tak dobrze, jak wtedy, gdy jadłam go za pierwszym razem.

Na górze była cisza. Ja. I księżyc.

„Czy dobrze robię?”

Wypowiedziałam te słowa, a przez niebo przebiegła potężna złota błyskawica. Srebrna spadająca gwiazda przecięła drogę mleczną, kładąc się jakby na skrzydle samolotu.

Uśmiechnęłam się.

Po pięćdziesięciu pięciu godzinach w podróży w końcu dotarłam do Perth. Dopiero wtedy poczułam, że naprawdę jestem na końcu świata. Okazało się, że przyleciałam w święto – Western Australia Day.

Dom mojego hosta oddalony był 90 kilometrów od lotniska. Autobusy jeździły co TRZY godziny, a mnie udało się przyjść na przystanek kilka minut przed odjazdem. Podobnie było z kolejnymi pociągami i autobusami. Wszystko jakby na mnie czekało. Po drodze spotykałam pomocnych ludzi i tak serdecznych, że zaczęłam się zastanawiać czy nie gram w jakimś filmie, w którym główną rolę gra pomyślność.

Wysiadłam na samym końcu miasta w dzielnicy domków jednorodzinnych, wysokich palm i piasku, który przywędrował z okolicznych plaż.

Stanęłam pod białym apartamentowcem, jedynym wysokim budynkiem w okolicy i zadzwoniłam pod nr 16. Nikt nie odebrał. Spróbowałam jeszcze dwa razy. W tym momencie odczułam potężne zmęczenie. Swędziało mnie całe ciało, plecy opadały pod ciężarem plecaka. W gardle miałam resztki zaschniętej śliny.

– Hey, potrzebujesz pomocy? – gość po 40-stce pomachał w moją stronę z balkonu.

– Czy mogłabym użyć twojego telefonu? Kolega spod 16-tki nie odbiera domofonu.

– Kuba poleciał do Polski.

– Jego współlokator powinien być w domu.

– Wejdź do nas na górę, czwarte piętro.

W mieszkaniu roznosił się zapach świeżej kawy i dziecięcych pieluszek. Weszłam do salonu i spojrzałam na niebieską ścianę, prawie całą pokrytą ramkami z rodzinnymi zdjęciami. Na środku wisiał plakat z napisem:

„ Always believe that something wonderful is about to happen”.

Host wciąż nie odbierał telefonu. Spojrzałam jeszcze raz na plakat i zamyśliłam się. Co wspaniałego ma się zaraz wydarzyć?

W świąteczny poranek Anna i Ijan przyjęli w swoje progi podróżnika, bez żadnego planu, przyjaciół, rodziny i noclegu.

– Kawa czy herbata? Rozgość się – Ijan podał mi pilot i wskazał na kanapę.

Do salonu weszła nieśmiało pięcioletnia Sofia. To przybrana córka, która jest z nimi od trzech tygodni. Anna i Ijan zabrali ją z domu, w którym przeszła piekło. Wygląda na może trzy latka, koślawo chodzi, nie mówi i siusia w pieluszkę. Jej wielkie, brązowe oczy spoglądały na mnie uroczo spod czarnej grzywki.

– Wiesz, że nasz drugi przybrany syn, który jest już dorosłym mężczyzną wyszedł za Polkę, Anię? – Anna wskazała na czarno-białe zdjęcie ślubne. – Przygarnęliśmy go do naszej rodziny przez kościół.

– Jak wspaniale. Chodzicie do kościoła?

– Tak. To kościół, który zaprasza do siebie wszystkich ludzi, różnych wierzeń. Chodzimy dwa razy w tygodniu, często siadamy na trawie przed wejściem. Przychodzi bardzo dużo młodych ludzi. Możesz z nami kiedyś pojechać.

Dzień przed wylotem nie zmrużyłam oka ani na sekundę. Prowadziłam długie rozmowy. Te nocne, pełne emocji, strachu, miłości, pytań. Powiedziałam mu między innymi, że mieszkając w Australii chciałabym poznać wierzących ludzi. Uduchowionych. Pragnę się nimi otaczać.

Gdyby host odebrał domofon, nie poznałabym Anny i Ijana. O ile duchowość w pojedynkę jest świetna, to dzielenie się nią z innymi przynosi wielką radość i wspaniale umacnia wiarę. Wspólnota ma siłę.

Chłopak w końcu zadzwonił. Dzień wcześniej przyimprezował z kumplami i został u nich na noc. Wyjechałam z nim na piąte piętro i otworzyłam balkonowe drzwi.

Perth (3)

Jest i on. Ocean Indyjski. Fale rozbijające się o brzeg tak głośno, jakby mały helikopter lądował przed oknem.

Jestem tu gdzie być powinnam. Z kim być powinnam. Anioły wokół mnie.

Siedzę teraz na kanapie, jest kilka minut po północy. Współlokator naprzeciwko przegląda książkę kucharską dla wegetarian, którą nie wiadomo czemu kupił kilka dni temu (sam nie jest wegetarianinem), a z głośników wybrzmiewa jego ulubiona piosenka:

So follow, follow the sun, The direction of the bird, The direction of love.

Breathe, breathe in the air, Cherish this moment.

Jutro jest nowy dzień. Z niecierpliwością oczekuję poranka, jogi na plaży, wspólnego śniadania, wycieczki rowerowej do Perth. Fajnie płynąć z prądem. Dać się ponieść fali życia i zobaczyć, gdzie cię zaprowadzi.

 

1

 likes / 25 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

Oh no...This form doesn't exist. Head back to the manage forms page and select a different form.

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec