16
Gru-2013

Nieprawdopodobne opowieści z drogi

Stories from my life

Wypełniając profil na couchsurfingu musisz wyrazić swoją opinię o stronie i osobach należących do tej społeczności. Gdy już zabrałam się za uzupełnianie profilu nie wiedziałam co napisać. Przestałam wierzyć w ludzi, kiedy w 8-milionowym mieście pewien host w środku nocy wyrzucił mnie ze swojego mieszkania. Wywalił mnie, dwie koleżanki i cztery walizki. Ten tekst nie będzie o couchsurfingu, ale o osobach, które spotkałam na mojej drodze i o zupełnie nieprawdopodobnych splotach zdarzeń.

Nie chcę skupiać się na negatywnych aspektach, bo przecież nie mam zamiaru zniechęcić was do podróżowania. Przez lata zwiedzania świata przytrafiły mi się tylko dwie przykre sytuacje na 100 000 szczęśliwych. To właśnie o nich chcę wam dzisiaj opowiedzieć.

San Francisco

Przemierzałyśmy spowite mgłą San Francisco, gdy nagle zaczepił nas wyglądający na Włocha mężczyzna. Płynną angielszczyzną zapytał czy się nie zgubiłyśmy i zaproponował wspólną kolację, która miała odbyć się jeszcze tego samego wieczoru. Nie byłyśmy do końca pewne zamiarów nieznajomego, jednak zdecydowałyśmy pójść w wyznaczone miejsce. Tajemniczego pana nie było jeszcze w restauracji, ale kelnerka jakby dokładnie wiedziała z kim byłyśmy umówione. Wskazała stolik przy oknie, po czym podała najlepszego szampana z karty. Po chwili zjawił się Victor. Uśmiechnięty, elegancki, w średnim wieku. Zaprosił nas, bo czasem lubi zrobić coś miłego dla turystów. Ok… Wykwintna kolacja i szampan to naprawdę sporo. Ale… to był dopiero początek. Po wybornej uczcie zaproponował wycieczkę po San Francisco. Trochę obawiałyśmy się wsiąść do jego samochodu – przecież w ogóle nie znałyśmy tego człowieka! Kelnerka zapewniła nas jednak, że Victor jest stałym gościem restauracji, wszyscy go tu znają i na pewno będziemy z nim bezpieczne. Uwierzyłyśmy.

Victor zabrał nas do jednej z najstarszych piekarni w mieście, gdzie pracownicy o pierwszej w nocy piekli chrupiące pieczywo. Obłędne zapachy. Następnie zatrzymaliśmy się w fabryce ubrań znanego projektanta, a ten pokazał nam mnóstwo oryginalnych projektów jego autorstwa. Potem było już tylko lepiej – muzyka na żywo, tańce, wizyta w najlepszych restauracjach w mieście: tajskiej, greckiej, włoskiej i japońskiej, a także wycieczka objazdowa po przetwórni ryb… Najlepsze zostawił na koniec: nocny przejazd pod zjawiskowo oświetlonym Golden Gate Bridge, gdzie wjazd mają tylko nieliczni. Poniżej kilka fotek, bo chyba bez nich mi nie uwierzycie:

San Francisco

Fashion in SF

Japanese food in SF

Londyn

W Londynie pieniądze kończą się dość szybko. Stanęłam przed Victoria Couch Station zastanawiając się jak skombinować kasę na bilet do innego miasta. Wyciągnęłam ukulele, nabazgrałam na kartce „zbieram na bilet” i zaczęłam grać. Po kilku minutach zauważył mnie pan zamiatający ulice. Stanął tuż przede mną, sięgnął do kieszeni po portfel i z uśmiechem zapytał: ile potrzebujesz na ten bilet? Trochę mnie zamurowało, nie spodziewałam się, że ktokolwiek będzie chciał mi dać mi całą kwotę na przejazd. Zwłaszcza ktoś, kto pewnie nie ma za dużo. Grzecznie podziękowałam i odmówiłam, funty i tak szybko wypełniały mój kapelusz. A w środku zrobiło się tak jakoś cieplej.

Oslo

W Oslo pieniądze kończą się jeszcze szybciej niż w Londynie. Bilet lotniczy Kraków-Oslo kosztował 60 złotych, a bilet autobusowy Oslo lotnisko-Oslo centrum 80 zł. Widzicie tu jakąś logikę? Postanowiłam złapać stopa do centrum miasta. Niestety większość osób lądujących na Stavenger mieszka w małych miasteczkach w okolicach lotniska. I tak chodziłam i pytałam: kobiety, pary i grupy czy przypadkiem nie wybierają się do Oslo. Niestety nikt nie jechał w tamtym kierunku. Zainteresowała się mną jednak pewna rodzina – mama, tata i dwójka dzieci. Było koło północy i jak się okazało nie chcieli żebym musiała spędzić noc w lotniskowej poczekalni. Chłopiec wyciągnął z kieszeni 15 euro i powiedział łamanym angielskim: to moje wszystkie oszczędności – weź je i jedź autobusem. Ścisnęło mi serce, a przez dobrą chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Matka dodała, że chętnie by mnie przygarnęła, ale wszyscy śpią w jednym pokoju. Ostatecznie postanowiłam zostać na lotnisku, a zasypiając przypomniałam sobie słodką buźkę tego malucha…

Oslo

Drezno

Po czterech dniach w stolicy Saksonii w kieszeni zostało mi tylko 10 euro. Zastanawiałam się jak dojechać do domu za taką kwotę. Nie chciałam łapać stopa, bo ostatnio przyzwyczaiłam się do Blablacaru. Niestety przejazd na trasie Drezno-Kraków kosztował 40-50 euro, co było totalnie poza moim budżetem. Nieoczekiwanie odezwał się do mnie kierowca, który powiedział, że weźmie mnie za tę dychę. Szybko i bezpiecznie dotarłam do domu.

Czy podróżowanie zwiększa moją wiarę w ludzi?

Po nowojorskim incydencie moja wiara w ludzi spadła z dziesiątego piętra i roztrzaskała się na kawałki. Opisane powyżej wydarzenia pomogły mi ją posklejać i ułożyć w jedną całość. Te dni były kolejnym dowodem na to, że ludzie z natury są dobrzy. Mam nadzieję, że z tego bloga nigdy nie będzie płynął pesymizm, wtedy zaczęłabym się zastanawiać nad samym sensem podróżowania.

0

 likes / 10 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Bretonissime

    Faktycznie niezwykłe historie! 🙂

  • mart

    Co Ci się wydarzyło w Nowym Jorku?

    • Matra, w Nowym Jorku pewien host z couchsurfingu wyrzucił mnie i dwie koleżanki z jego mieszkania w środku nocy, bo miał takie widzimisię (był trochę pijany), zostałyśmy bez dachu nad głową i pomysłu co dalej.

  • Mario

    Wzruszające, szczególnie historia w Oslo. Też wierzę, że ludzie nie są źli.

  • Monika G

    Wspaniałe są takie historie, które wracają wiarę w ludzi. Sama miałam kilka takich przygód, jednak nigdy nie były one aż tak spontaniczne i wręcz heroiczne. Nie mniej jednak to właśnie w podróży spotykam wspaniałych ludzi, którzy zawsze pokazują mi, że właściwie tylko w wieczornych wiadomościach wszystko jest złe 😉

    • Dobrze wiedzieć, że w każdym zakątku świata znajdziemy dobrych ludzi 🙂

  • Dzięki właśnie ludziom, mieszkańcom – miejsca mają swój niepowtarzalny klimat, a wspomnienia stamtąd stają jeszcze bardziej intensywniejsze. Czasem to jest naprawdę niezwykłe jakie osoby można spotkać na swojej drodze i co potrafią zrobić dla nieznajomej osoby 🙂

    • Dokładnie tak Pamela! Szczerze mówiąc nie wiem po co bardziej podróżuję – czy po to, żeby zobaczyć piękne miejsca czy po to, żeby poznać pięknych ludzi? 🙂 Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi.

  • Tomasz

    Kiedyś miałem ciekawą sytuację, dzięki której uwierzyłem w ludzi. W 2010 roku byliśmy na inscenizacji bitwy pod Grunwaldem w 600-tną rocznicę. Dwie doby wśród dziesiątek tysięcy ludzi na ogromnym polu namiotowym. Wracając w sobotę nasz autobus utknął w ogromnym korku (ok. 200 tys. ludzi próbowało jednocześnie wyjechać wąską wiejską drogą), więc postanowiliśmy do Olsztyna dojechać stopem. Dotarliśmy tam osobno z przygodami (ale pozytywnymi), spotkaliśmy się o północy na dworcu PKS, skąd przed pierwszą był autobus do nas na Pomorze. Kierowca powiedział, że nas nie zabierze, bo nie ma miejsc, pociąg mieliśmy dopiero 6:30, więc postanowiliśmy przespać się na dworcu. Wtedy rodzina, która podwoziła stopem kolegę i przywieźli go na dworzec postanowili, że przygarną nas na noc do siebie. Czterech obcych facetów w środku nocy na dworcu wzięła do siebie 20-kilkuletnia dziewczyna mieszkająca tylko z rodzicami. Nie dość, że nas przygarnęli, to jeszcze nakarmili, pozwolili skorzystać z łazienki (pierwszy porządny prysznic od 3 dni), rano dali śniadanie i odwieźli na pociąg. Od tamtej pory wiem, że są dobrzy ludzie. Kiedyś innym razem podczas rowerowej majówki 1 maja, 9 rano na wiosce w okolicach Szczecinka złapałem „kapcia”. Okazało się, że opona jest tak zajechana, że każda dętka od razu pęknie, a została mi jedna, do przejechania 50 km. Jakiś mężczyzna oddał mi swoją oponę od starego roweru żebym mógł dojechać.