08
Sie-2017

Ile zarabiam w Australii? Podsumowanie po pierwszej wypłacie

zarobki w Australii

Australia na wizie work and holiday to moim zdaniem doskonałe miejsce do oszczędzania. Zarobki w Australii są na tyle dobre, że niedługo będę w stanie opłacić loty do ekscytujących miejsc, kupić nowy obiektyw, a przede wszystkim rozwinąć projekty, które zostały w Polsce. W tym dokończyć i wydać moją książkę z podróży dookoła świata.

Pracuję w Broome w Australii Zachodniej jako kelnerka, od poniedziałku do soboty, 39 godzin tygodniowo. Dostaję wypłatę co dwa tygodnie.

W ciągu ostatniego miesiąca zarobiłam 3450 dolarów australijskich, czyli jakieś 10 000 złotych na rękę.

Na początku ciągnęłam dwie prace jednocześnie po 10-11 godzin dziennie, ale ostatecznie zrezygnowałam z tej wieczornej.

Stawka godzinowa to 23 AUD, z czego co z każdego pay check’u odtrącają mi 15% podatku.

Z moich wstępnych obserwacji wynika, że zarobki w Australii pozwalają na godne życie, bez względu na rodzaj wykonywanej pracy. Zazdroszczę mojemu hostowi, który oprócz weekendów ma wolny co drugi piątek i poniedziałek, a po 7 latach pracy w swojej firmie otrzyma 3 miesiące płatnego urlopu….!

Ile kosztuje mieszkanie?

Mam ogromne szczęście do ludzi. Podobnie jak w Oslo (gdy zbierałam na podróż dookoła świata pracując w Hard Rocka Cafe), tak i w Broome znalazłam mieszkanie przez Couchsurfing. O ile w Oslo za przechodni pokój płaciłam 750 zł miesięcznie (normalna cena w tym mieście to ok. 3000 zł), to w moim małym nadmorskim australijskim miasteczku nie płacę nic.

Nie wiem czy kiedykolwiek będę się w stanie odwdzięczyć mojemu hostowi za jego pomoc, hojność i wyrozumiałość.

Mieszkam w domu z sześcioma pięknymi sypialniami, ogrodem, jacuzzi, wygodnym salonem z wielką kanapą i równie dużym telewizorem, stołem do ping ponga, klimatyzacją i nowoczesną kuchnią. Sercem tego domu jest stół na werandzie, gdzie co wieczór zasiadamy do wspólnej kolacji.

osiedle w Broome

Dzielę tę przestrzeń z couchsurferami. Niektórzy – podobnie jak ja – pracują i zatrzymują się tu na kilka tygodni, inni zjawiają się na chwilę. Noc, dwie, czy chociaż jeden rodzinny obiad.

Jesteśmy rodziną.

Nie ważne na jak długo tu zostajesz – po przekroczeniu progu tego domu stajesz się częścią naszej couchsurfingowej rodziny. Sprzątamy, gotujemy, pieczemy, pierzemy i pomagamy hostowi dbać o dom. Często wyręczamy go z tych rzeczy, z wielką radością i bez kręcenia nosem – nie pozwala nam płacić (nawet rachunku za internet), więc chociaż tyle możemy dla niego zrobić.

Odpowiadając na pytanie, które zadałam w nagłówku – ile kosztuje mieszkanie w Broome?

Gdybym chciała wynająć pokój w tzw. „shared house” musiałabym płacić 150-200 dolarów tygodniowo. Miejsce w 4-osobowym pokoju w hostelu to koszt 145 dolarów na tydzień. Część moich znajomych mieszka na polu namiotowym, gdzie za namiot płacą 105 dolarów tygodniowo (co daje 52,5 AUD przy dwóch osobach w namiocie).

pole namiotowe Broome

Ile kosztuje jedzenie?

Tygodniowo wydaję na jedzenie ok. 80-100 dolarów plus 50 dolarów na przyjemności (głównie wyjścia na miasto). Nie oszczędzam na niczym – gdy mam ochotę na wymyślne wegańskie smakołyki – a takich jest tutaj mnóstwo – kupuję je bez wyrzutów sumienia. Podobnie z drogimi owocami i warzywami. Pamiętam jak trzy lata temu mieszkałam w Oslo i żałowałam sobie na awokado czy orzechy. Teraz do porannej owsianki dorzucam pekany, a na drugie śniadanie jem tosta z awokado i wegańskim majonezem. Mniam!

Czasem zdarzy się, że z mojego portfela ucieknie większa gotówka (jakieś 250 dolarów na tydzień), ale to głównie wtedy, gdy muszę zatankować samochód.

 Tak, mam też do dyspozycji samochód. Mój host jeździ dużą toyotą, a ja trochę mniejszą. Z napędem na cztery koła :). Dlatego zwykle po pracy ląduję tutaj – na 22-kilometrowej Cable Beach.

zarobki w Australii 1

Kilka dni temu usiadłam przy rodzinnym stole i otworzyłam księgę gości, w której każdy Couchsurfer zostawia krótką notkę. Przeczytałam ją od deski do deski, na jednym wdechu, a kończąc ostatnią stronę po policzkach pociekły mi łzy. Wszyscy napisali, że najlepsze wspomnienia z Australii narodziły się w tym domu.

Czuję podobnie.

– Nadia, co robisz? Płaczesz? Nie wygłupiaj się?! – Troy podbiegł do mnie i mocno mnie przytulił.

– Czytam te wpisy i nie mogę się nadziwić. Czy kiedykolwiek będziemy ci się w stanie odwdzięczyć?

– Nie chcę nic w zamian. Przecież jesteśmy rodziną – uśmiechnął się do mnie i wyszedł zawstydzony.

Wydatki vs. zarobki w Australii. Ile zaoszczędziłam?

Moje miesięczne zarobki w Australii (za lipiec) wyniosły 3450 AUD. W ciągu czterech tygodni wydałam 700 AUD. To oznacza, że po pierwszym miesiącu pracy w kawiarni byłam w stanie odłożyć 2750 dolarów, czyli prawie 8000 złotych. Doliczając pierwszy tydzień sierpnia oraz jedno dodatkowe zlecenie do tej pory zaoszczędziłam łącznie 14 000 zł. Jednak celuję, że co miesiąc będę w stanie zaoszczędzić około 7000 złotych.

Dlaczego się zwolniłam?

Jeśli widzieliście mój wczorajszy wpis na Facebooku, to już wiecie, że zrezygnowałam z pracy. Powodem tej decyzji był mobbing, a dokładnie wrzaski szefa, przeklinanie i terroryzowanie nie tylko mnie, ale i innych pracowników kawiarni. Spokój wewnętrzny jest dla mnie cenniejszy niż jakakolwiek suma pieniędzy.

Dziękuję za wasze wsparcie, wszystkie komentarze i prywatne wiadomości. Moje serce napełniło się radością i spokojem.

Opowiedziałam o tej sytuacji nowym znajomym z chóru kościelnego, do którego się niedawno zapisałam. Jeden z kolegów poradził, żebym spróbowała zapytać o pracę w kawiarni jego przyjaciela, tuż przy plaży, z widokiem na ocean i czerwone klify.

1,5 dnia później otrzymałam informację, że zostałam zatrudniona na okres próbny.

Zaczynam we wtorek :). A teraz tydzień wakacji…

plaża w Broome

Jeśli macie jakieś pytania, to czekam na nie w komentarzach.

Buzia ;*.

 

1

 likes / 14 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Piotr Franieczek

    No i elegancko 🙂

  • Całkiem ładnie się to przedstawia. Przy takim tempie gromadzenia oszczędności zapewne wkrótce znów Cię poniesie w jakieś piękne miejsca na świecie. Trzymaj się i życzę powodzenia w nowej pracy!

  • yeeaah 🙂

  • Jak zawsze Nadia bije od Ciebie dużo pozytywnej energii i wierzę, że przyciągasz tez takich pozytywnych ludzi. A ten szef, zawsze znajdzie się jakaś czarna owca. Najprawdopodobniej jest smutnym człowiekiem, który nie potrafi rodzić sobie z zdrowy sposób ze swoimi emocjami. Najważniejsze, że szybko zareagowałaś, nie czekając, aż sytuacja się zaogni. Trzymam kciuki za Twoją nową pracę 🙂

  • Ach, super! Bardzo sie ciesze i trzymam kciuki! Twoje wpisy napawaja mnie zawsze spokojem i nadzieja na to ze nawet jesli chwilowo nie jest za dobrze to wszystko moze sie odmienic 🙂 Dziekuje! :*

  • remo remis

    Eleganckie zarobki duzo wieksze niz w usa. Juz wiem czemu tak predko stad ucieklas:) Czekam na nowe wpisy. Powodzenia w nowej pracy. Pozdrawiam

  • Nadia, dobrze zrobiłaś, że zrezygnowałaś z tej pracy. Tak jak piszesz, spokój wewnętrzny i dobre samopoczucie są najważniejsze! Sama mam bardzo niefajne doświadczenie i to z jednej z pierwszych prac, której się podjęłam zaraz po maturze. Tydzień przed końcem pracy, pracodawca i jego żona zaczęli mnie nękać i teraz, z perspektywy czasu, żałuję, że od razu się nie zwolniłam, tylko dzielnie wytrwałam do końca. Bo doświadczenie na długo zostało w mojej pamięci i przez to z wielką ostrożnością podchodzę do wszystkich kolejnych zleceń i podejmowanych zajęć.
    Super, że udaje Ci się tyle zaoszczędzić! Trzymam mocno kciuki za Twoje australijskie przygody!

  • Marcelka

    Hej, mam pytanie, chciałabym wyjechać na program au pair na wizie work and holiday do Australii, przeczytałam wymagania i nie jestem pewna, ale tam coś pisało, że trzeba mieć min 2 lata studiów, czy orientujesz się jak to z tym jest? Bardzo zależy mi na tym wyjeździe, a niestety jestem w klasie maturalnej 🙁

  • Marcelina

    Hej, hej, mam pytanko, co studiowałaś w PL? :))) super blog, pozdrawiam.

    • Hej Marcelina, studiowałam dziennikarstwo i stosunki międzynarodowe. Dziękuję :).

  • Karolina K.

    Droga Nadio,

    Nigdy nie wypowiadam się na blogach, generalnie można
    powiedzieć, że ich nie czytam. Jednak Twój blog sprawił, że czytam go w każdej
    wolnej chwili. Dlaczego? Bo kiedy go czytam mam wrażenie jakbym czytała swoje
    własne myśli, przemyślenia i wewnętrzne rozterki przelane na ten „wirtualny”
    papier. To niesamowite, że istnieje ktoś, kto myśli tak podobnie do mnie.
    Niestety wszyscy otaczający mnie ludzie, łącznie z rodziną i przyjaciółmi,
    których rzecz jasna bardzo kocham, nigdy nie byli w stanie mnie zrozumieć,
    zawsze byłam od nich inna. Zawsze uśmiechnięta, z marzeniami, i (wedle nich o
    zgrozo) z wiarą, że te marzenia się spełnią. Zawsze wierząca, że życie polega
    na samorealizacji, a nie na biernym spędzeniu życia w pracy, której się
    szczerze nienawidzi, w pętli od poniedziałku do piątku, wiecznie czekając na
    weekend i na dwutygodniowe wakacje w lecie. Ja swoją drogę uświadomiłam sobie
    tuż po studiach, po szczerze, dość długim poszukiwaniu – mianowicie pisanie
    powieści. Pierwsze bajki i opowiadania zaczęłam pisać już jako ośmiolatka.
    Niestety na długo zapomniałam, że to, do czego przejawiamy zamiłowanie w
    dzieciństwie, jest właśnie naszym powołaniem, mając za wzór mamę „twardo stąpającą
    po ziemi”. Po 1,5 rocznym pisaniu książki, nadeszła walka o jej wydanie.
    Niestety, pomimo kilku pozytywnych recenzji, a nawet dojściu do finału w
    konkursie literackim, do tej pory nie udało mi się znaleźć wydawcy; jedynie
    jedną propozycję polegającą na współfinansowaniu, ale w wydawnictwie o dość
    kiepskiej opinii. Od ukończenia książki minęło 16 miesięcy. Przyznam, że moja
    wiara w sukces została mocno nadwyrężona przez ten czas. Do tego wieczne
    spojrzenia rodziny i znajomych w stylu: „zeszłabyś na ziemię i znalazłabyś
    normalną pracę”. Na co dzień uczę angielskiego, praca dobrze płatna, więc
    niewiele godzin pozwalało mi zarabiać po prostu tyle, by się utrzymać, a resztę
    czasu poświęcić na swój rozwój i walkę o marzenie. Kolejne odmowy wydawnictw,
    pogadanki rodziny i totalne osamotnienie, jeśli chodzi o sposób myślenia, w
    końcu doprowadziły mnie to momentu, w którym poszukałam normalnej pracy i
    dołączyłam do tłumu ludzi w garsonkach pędzących o 7.00 godzinie do pracy. Już
    po tygodniu z osoby nieszczęśliwej zamieniłam się w osobę bardzo nieszczęśliwą,
    zadającą sobie pytanie gdzie się podziała ta dziewczyna, która zawsze wierzyła
    w swój sukces. Parę dni temu obudziłam się i myślałam tylko o tym jak wszystko
    idzie nie tak, i jak nie mam sił by wstać. Wzięłam telefon i zaczęłam go
    bezmyślnie przeglądać. Przyznam, że nie wiem jak, ale trafiłam na Twój blog.
    Akurat na post o tym jak Ty jesteś nieszczęśliwa pracując jako kelnerka w
    Australii. Czytałam post za postem, niedowierzając, że jednak nie jestem sama w
    tym tłumie ludzi bez marzeń, bez oczekiwań, bez chęci do walki o siebie. Nadio,
    dziękuję. Otrzeźwiłaś mnie, przywróciłaś nadzieję i uśmiech na mojej twarzy.
    Przypomniałaś o tym, że życie jest po to, aby się realizować, by żyć w zgodzie z samą sobą. Złożyłam wypowiedzenie i wracam do walki o swoje marzenie. Często piszesz o tym jak lubisz pomagać ludziom i o tym jak jesteś nieszczęśliwa, gdy tego nie robisz. Nadio, pomagasz
    ludziom bardziej niż Ci się wydaje. Dajesz im wiarę w lepsze jutro, a to nie
    lada wyczyn. Kiedy masz zły dzień, pozornie nic nieprzynoszący, wiedz, że tak
    naprawdę gdzieś tysiące kilometrów od Ciebie są ludzie, którzy dzięki Twoim
    postom czują się lepiej. Dziękuję!

  • Aga z podróży szczypta

    taki powinien być każdy dom. Pięknie, pięknie, pięknie!

  • Karolina K.

    Droga Nadio,

    Nigdy nie wypowiadam się na blogach, generalnie można
    powiedzieć, że ich nie czytam. Jednak Twój blog sprawił, że czytam go w każdej
    wolnej chwili. Dlaczego? Bo kiedy go czytam mam wrażenie jakbym czytała swoje
    własne myśli, przemyślenia i wewnętrzne rozterki przelane na ten „wirtualny”
    papier. To niesamowite, że istnieje ktoś, kto myśli tak podobnie do mnie.
    Niestety wszyscy otaczający mnie ludzie, łącznie z rodziną i przyjaciółmi,
    których rzecz jasna bardzo kocham, nigdy nie byli w stanie mnie zrozumieć,
    zawsze byłam od nich inna. Zawsze uśmiechnięta, z marzeniami, i (wedle nich o
    zgrozo) z wiarą, że te marzenia się spełnią. Zawsze wierząca, że życie polega
    na samorealizacji, a nie na biernym spędzeniu życia w pracy, której się
    szczerze nienawidzi, w pętli od poniedziałku do piątku, wiecznie czekając na
    weekend i na dwutygodniowe wakacje w lecie. Ja swoją drogę uświadomiłam sobie
    tuż po studiach, po szczerze, dość długim poszukiwaniu – mianowicie pisanie
    powieści. Pierwsze bajki i opowiadania zaczęłam pisać już jako ośmiolatka.
    Niestety na długo zapomniałam, że to, do czego przejawiamy zamiłowanie w
    dzieciństwie, jest właśnie naszym powołaniem, mając za wzór mamę „twardo stąpającą
    po ziemi”. Po 1,5 rocznym pisaniu książki, nadeszła walka o jej wydanie.
    Niestety, pomimo kilku pozytywnych recenzji, a nawet dojściu do finału w
    konkursie literackim, do tej pory nie udało mi się znaleźć wydawcy; jedynie
    jedną propozycję polegającą na współfinansowaniu, ale w wydawnictwie o dość
    kiepskiej opinii. Od ukończenia książki minęło 16 miesięcy. Przyznam, że moja
    wiara w sukces została mocno nadwyrężona przez ten czas. Do tego wieczne
    spojrzenia rodziny i znajomych w stylu: „zeszłabyś na ziemię i znalazłabyś
    normalną pracę”. Na co dzień uczę angielskiego, praca dobrze płatna, więc
    niewiele godzin pozwalało mi zarabiać po prostu tyle, by się utrzymać, a resztę
    czasu poświęcić na swój rozwój i walkę o marzenie. Kolejne odmowy wydawnictw,
    pogadanki rodziny i totalne osamotnienie, jeśli chodzi o sposób myślenia, w
    końcu doprowadziły mnie to momentu, w którym poszukałam normalnej pracy i
    dołączyłam do tłumu ludzi w garsonkach pędzących o 7.00 godzinie do pracy. Już
    po tygodniu z osoby nieszczęśliwej zamieniłam się w osobę bardzo nieszczęśliwą,
    zadającą sobie pytanie gdzie się podziała ta dziewczyna, która zawsze wierzyła
    w swój sukces. Parę dni temu obudziłam się i myślałam tylko o tym jak wszystko
    idzie nie tak, i jak nie mam sił by wstać. Wzięłam telefon i zaczęłam go
    bezmyślnie przeglądać. Przyznam, że nie wiem jak, ale trafiłam na Twój blog.
    Akurat na post o tym jak Ty jesteś nieszczęśliwa pracując jako kelnerka w
    Australii. Czytałam post za postem, niedowierzając, że jednak nie jestem sama w
    tym tłumie ludzi bez marzeń, bez oczekiwań, bez chęci do walki o siebie. Nadio,
    dziękuję. Otrzeźwiłaś mnie, przywróciłaś nadzieję i uśmiech na mojej twarzy.
    Przypomniałaś o tym, że życie jest po
    to, aby się realizować, by żyć w zgodzie z samą sobą. Złożyłam wypowiedzenie i
    wracam do walki o swoje marzenie. Często piszesz o tym jak lubisz pomagać
    ludziom i o tym jak jesteś nieszczęśliwa, gdy tego nie robisz. Nadio, pomagasz
    ludziom bardziej niż Ci się wydaje. Dajesz im wiarę w lepsze jutro, a to nie
    lada wyczyn. Kiedy masz zły dzień, pozornie nic nieprzynoszący, wiedz, że tak
    naprawdę gdzieś tysiące kilometrów od Ciebie są ludzie, którzy dzięki Twoim
    postom czują się lepiej. Dziękuję J

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec