white tip sharks

Przechadzając się uliczkami galapagoskiej wysypy San Cristobal co chwilę trafiałam na małe agencje turystyczne oferujące najrozmaitsze wycieczki. Łódką, kajakiem, samochodem, skuterem. Wybrałam katamaran, który zabrał mnie w trzy wspaniałe miejsca: na bezludną plażę, zastygłą lawę i pod wysokie na 140 m wulkaniczne skały.

Gdy dotarliśmy pod słynne formacje skalne tzw. Kicker Rock przewodnik podał nam maski i rurki i poprosił o szybkie opuszczenie pokładu.

– A teraz będziemy pływać z rekinami – powiedział Francis.

Tak po prostu. Mamy wskoczyć w nieznane wody i na luzie obserwować życie tych zwierząt. Nie dostaliśmy żadnych wskazówek, nikt nas nie postraszył, ani nie pokrzyczał. Całkowita samowolka. Liczyłam na to, że przewodnik ostrzeże nas przez zagrożeniem, jakie może nas czekać podczas pływania między tymi gigantami. Tak naprawdę chciałam, by mnie uspokoił. By powiedział, że nic mnie nie pożre, że wyjdę z tego cała i zdrowa.

– Nie martw się, one się tobą nie zainteresują. Nie lubią skóry i kości. Ale ten gruby koleś powinien się dwa razy zastanowić czy chce ryzykować – rzucił Francis głupio się przy tym uśmiechając. – Mieszkają tu rekiny młoty, żarłacze białopłetwe i żarłacze galapagoskie. No dalej! Na co czekacie? – krzyknął.

Pierwszy, drugi, trzeci… Towarzysze mej niedoli chwytali maski i z impetem wskakiwali do oceanu. Czekając na swoją kolej przypominałam sobie co w swoim życiu przeczytałam o atakach rekinów. Poruszaj się powoli, nie chlap, nie ubieraj jaskrawego stroju kąpielowego, ściągnij biżuterię, bo ta przyciąga uwagę. Do głowy przychodzą kolejne akapity. Cholera, na co mi to było.

– Nie dam rady. Zostanę z kapitanem. Nie czekajcie na mnie, powodzenia – powiedziałam najgłośniej, jak tylko potrafiłam. Większość osób była już poza burtą. Na tafli wody unosiły się kolorowe rurki i dziesiątki czerwonych pośladków. A ja oparta o drabinkę wypatrywałam zielonej skorupy. Moim marzeniem nie było podglądanie rekinów, a pływanie tuż obok morskich żółwi. Słodkie, niegroźne, sympatyczne. Na co komu rekiny?

– Nadia! Dwa żółwie, widzę dwa żółwie! – krzyknął Francis. Bez zastanowienia założyłam maskę, wessałam się w plastikową rurkę i wskoczyłam do wody. I były. Ogromne i ciężkie, a poruszające się z taką gracją żółwie morskie. Niezwykłe przeżycie! Czekałam na to spotkanie od kwietnia 2015 roku, kiedy pojechałam na indonezyjskie wyspy Gili, by z nimi popływać. Niestety moje poszukiwania skończyły się fiaskiem. Ale żółwie są tu, na Galapagos!

Pokręciłam się przy nich kilka minut, po czym zupełnie przypadkiem wpadłam na całującą się w wodzie parę lwów morskich. Po zderzeniu wynurzyłam głowę i zaczęłam krzyczeć w niebogłosy.

– AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Co to????!!!!!! – rzuciłam we wszechświat.

– Spokojnie. To nie rekiny! Czego się drzesz? Najlepsze jeszcze przed tobą – powiedział Francis, po czym zalotnie puścił oczko.

– Wychodzę. Zobaczyłam to, co chciałam. Nie będę kusić losu. Weźcie mnie stąd! – odparłam z lekkim zdenerwowaniem.

Gdy nieporadnie człapałam po drabince zamontowanej do łodzi kątem oka zauważyłam płetwę rekina. Żarłacz galapagoski dumnie dryfował po powierzchni wody przypominając nam kto tu jest gospodarzem.

– Widzicie go?! Przecież rekiny miały pływać pod nami, a nie obok nas? Co on tu robi? Jakie szczęście, że jestem na pokładzie. Co będzie z resztą osób? Ściągniecie ich jakoś? – pytaniom nie było końca. Kapitan wcale się nie przejął. Otworzył gazetę i beznamiętnie wertował strony. Kolorowe rurki zbliżały się do katamaranu i już po kilku minutach wszyscy siedzieli na swoich miejscach.

– Ale lipa. Nie było żadnych młotów – powiedział zawiedziony Carlos, uczestnik wycieczki.

– No cóż, dzisiaj nie widzieliśmy za wiele. Za to wczoraj 12 rekinów młotów na naszych oczach ścigało dużą rybę. DWA-NA-ŚCIE! – odpowiedział przewodnik.

– Ale to było wczoraj – odrzekł Carlos.

– Sorry chłopaki, tego się nie przewidzi  –  dodał Francis, po czym dał znak kapitanowi, że możemy ruszać.

Nie żebym była z tego powodu smutna. Wręcz przeciwnie. Cieszę się, że uszłam z życiem ;). Ale to nie był koniec mojej przygody z rekinami… Głupia, wybrałam się na kolejne nurkowanie z rurką…

NURKOWANIE Z DZIEĆMI REKINÓW NA ISLA ISABELA

Tak z dziećmi. Mamy odpłynęły w siną dal i zostawiły swoje pociechy, które mają tu podrosnąć. Kiedyś będą dużymi żarłaczami – dziś mierzą od 70 cm do 1 metra. Tym razem przewodnik miał nieco więcej do powiedzenia.

– Nie bójcie się niczego. One są naprawdę niegroźne – odrzekł Juan, nasz anglojęzyczny opiekun.

Jak zwykle liczyłam na to, że zobaczę żółwie i lwy morskie. I były. Pływały, tańczyły, pozowały do zdjęć. Gdy zadowolona zbliżałam się do łódki obok mnie przepłynął młody żarłacz białopłetwy. Miał może kilkadziesiąt centymetrów długości i w ogóle nie przejął się moją obecnością. Pozostali uczestnicy wycieczki byli strasznie podekscytowani. W końcu zobaczyli te cholerne rekiny. A ja? Tak się przestraszyłam, że zaczęłam machać do kapitana, dając mu znak, by mnie wyciągnął. Ten podarował mi najsztuczniejszy uśmiech na świecie i wskazał palcem, że to ja mam podpłynąć do niego. Coraz szybciej machałam nogami. Lewa, prawa, lewa, prawa. Nerwowo rozglądałam się dookoła. Jeden, dwa, trzy, cztery. Cztery małe żarłacze! Tuż pode mną… Brr…

combine_images

DLA NIEUSTRASZONYCH

Jeśli chcecie obserwować dorosłe rekiny z bliska polecam wam nurkowanie z butlą. Kolega skorzystał i powiedział, że była to najlepsza rzecz, jaką zrobił w swoim życiu. Oprócz rekinów widział dwumetrowe płaszczki, koniki morskie, żółwie i wiele gatunków ryb.

GDZIE MOŻNA PŁYWAĆ Z REKINAMI?

Między innymi na Galapagos, Filipinach, w RPA, Meksyku, Miami, Belize i Australii.

A wy? Zdecydowalibyście się na pływanie z rekinami?

1

 likes / 12 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Pawel

    Pływanie z rekinami mam już za sobą, ale tylko z wielorybimi, które raczej człowiekowi nic nie zrobią 🙂 Co do tych „normalnych” rekinów, to też miałbym chyba lekkiego stracha 🙂

  • Daleko niedaleko

    Zdecydowanie bym się zdecydowała 🙂 Pod warunkiem, że byłoby to naturalne ich środowisko, w którym byłabym gościem. I oczywiście, że nie byłyby to krwiożercze bestie, które chciałyby mi na dzien dobry odgryźć nogę 😀

  • pewnie! 😀 tylko w jak najmniej skażonej komercją postaci… i dobrze by było, jakbym wyszedł stamtąd w całości ;)))

  • Nigdy w życiu! To co Ci się przytrafiło dla mnie brzmi jak najgorszy koszmar!

  • O kurcze! Mnie jakoś przerażają tego typu atrakcje. Generalnie mam raczej niskie zapotrzebowanie na adrenalinę. Zdecydowanie wystarcza mi snurkowanie z małymi kolorowymi rybkami w Grecji :))) Chociaż z żółwiami bym się chętnie spotkała 🙂

  • Kilka razy pływałam i za każdym razem było to super przeżycie! Najwięcej było ich chyba w Belize – dużo właśnie małych, wskakiwałam z łodzi pomiędzy nie 🙂
    Pierwszego rekina widziałam na kursie nurkowania w Tajlandii i z wrażenia aż sobie nabiłam guza o jakąś rafę, bo tak się zagapiłam 😀 Mój pierwszy rekin jest sfotografowany tu: http://bit.ly/25CjTis

  • Strasznie żałuję, że Galapagos jest tak daleko i tak mi na razie „nie po drodze”, bo bardzo chętnie chciałbym zobaczyć rekiny w ich naturalnym środowisku. Ostatnio widziałem rekiny rafowe w Malezji, a w tym roku rekiny wielorybie na Filipinach i chcę więcej 🙂
    Ostatnio jak zobaczyłem filmik znajomego z 2 metrową mantą to „zachorowałem”. Koniecznie muszę gdzieś pojechać, aby móć nurkować z mantami 🙂

    • Rekiny wielorybie są cudne! Zazdroszczę :). Z kolei boję się płaszczek… A to wszystko przez tę historię: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/australiaandthepacific/australia/10687502/Crocodile-Hunter-Steve-Irwin-stabbed-hundreds-of-times-by-stingray-cameraman-reveals.html.