24
Lis-2017

Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy, czyli moje 3 tygodnie w Himalajach

autobus

Kolana Oliviera wbijają się w fotel, tworząc w nim dwa idealne dołki. Siedzimy z tyłu, na kole, z niecierpliwością spoglądając na zegarek. To będzie długa droga.

Przypominam sobie, jak nasze oczy spotkały się w samolocie z Australii do Malezji. Jego twarz chowała się pod zawadiacką czapką, dokładnie taką, jaką chciałam sobie kupić w prezencie przed wylotem. Pamiętam jego różowe szorty, po których chodziły ciekawskie flamingi. Podobało mi się, że nie odstraszał go róż. Lubię mężczyzn, którzy wyróżniają się z tłumu.

Zakładając, że już nigdy go nie zobaczę odchyliłam fotel i ułożyłam się do snu. Wiedziałam, że za moment chłopak będzie miał okazję przyjrzeć się moim ostatnim zabiegom dentystycznym i zachwycić się widokiem wodospadu śliny.

Miałam to w nosie. Przecież i tak nigdy go nie zobaczę.

I znowu był obok mnie, znowu za moim ramieniem. Dostrzegłam go przy wyjściu z lotniska.

– Masz bardzo mały bagaż – odwróciłam głowę w jego stronę.

– Spędzam tu tylko jedną noc, jutro lecę do kolejnego kraju – uśmiechnął się nieśmiało.

– Gdzie lecisz? – zwolniłam, tak, aby mógł dołączyć mi kroku.

– Do Nepalu, a ty?

– Ja też.

Ollie

Zanim się obejrzeliśmy była czwarta nad ranem. Przed nami stało kilka pustych szklanek po piwie i dwa paszporty – polski brudny i poszarpany, i kanadyjski w nienaruszonym stanie. Ollie opowiedział mi o trekkingu wokół Manaslu (8156 m), który jest mniej popularny od Everest Base Camp czy Annapurny i zapytał czy chciałabym z nim pójść. Szlak przebiega przez obszar chroniony, a wstęp na teren parku jest możliwy tylko z przewodnikiem. Z jakiegoś powodu nie można iść solo, chyba, że agencja, u której rezerwujesz przewodnika wystawi sfałszowane pozwolenie na drugą nieistniejącą osobę – wówczas nie musisz szukać partnera.

Ollie chciał, żebym z nim poszła. Podzielilibyśmy się kosztem 20 dolarów dziennie za przewodnika. Każdym wschodem i zachodem słońca. Śniadaniem i kolacją. Czułam, że to chłopak, który zdecydowanie woli podróżować z ludźmi niż sam.

Wyciągnęłam telefon i zaczęłam czytać o Manaslu. Trochę z ciekawości, a trochę, by poudawać, że podejmę decyzję na podstawie przeczytanych w internecie opinii, a nie podszeptu intuicji. Już w tamtej chwili decyzja była podjęta.

– – –

wiszący most

Droga jest kamienista i stroma. Moje plecy opierają się o okno, łydki leżą na jego udach, a stopy na zakurzonych kartonach stojących w przejściu. Spoglądam na moment w dół i jedzenie podchodzi mi do gardła. Jesteśmy coraz wyżej, wioski porozrzucane są na gęstych zielonych wzgórzach, ludzi jakby mniej, ale więcej tych kolorowych.

Zatrzymujemy się w Soti Khola (730 m), miejscu, z którego następnego dnia wyruszymy w 19-dniową wędrówkę przez himalajskie rzeki, ryżowe pola, bananowce i ośmiotysięczniki. Ollie ma ze sobą namiot, ale tej nocy postanawia spać w pensjonacie. Dostajemy pokój z niebieskiego kartonu.

Kolacja to czas, w którym poznajemy pozostałych piechurów. Jest z nami nasz przewodnik, 26-letni Pramod oraz Sarah i Andy, amerykańskie małżeństwo po 40-stce w rocznej podróży „w poszukiwaniu siebie”. Pytają o nasze najciekawsze przygody. Mówię, że najlepsze jeszcze przede mną, bo bycie mamą to chyba najpiękniejsza przygoda życia. Chwilę później żałuję, że się odezwałam. Sarah i Andy przez lata starali się o potomstwo, niestety nigdy nie doczekali się swojego dziecka.

Po naszej pierwszej kolacji w górach wyruszamy z Olivierem na krótki spacer. Przystajemy na skraju rzeki tak głośnej, że ledwo słyszę jego słowa. Wiem, że księżyc wisi tuż nad wierzchołkiem góry. Widziałam go wcześniej kątem oka. Wzbraniam się. Trwa to dobrą minutę. Nie chcę na niego patrzeć. Pędząca ciemna woda wlewa do mojej głowy czarne myśli, więc, żeby rozdmuchać chmury w końcu spoglądam w niebo.

I nagle wszystko wraca. Jestem w drodze do Sanktuarium Annapurny, tak jak dwa lata temu, pod księżycem w pełni. Bujam się w rytm piosenki, która mówi o odrodzonej miłości i jest mi tak dobrze, bo jest obok ktoś, kto pojawił się tu niespodziewanie, ale jest to ktoś, kogo znam lepiej niż samą siebie. Słyszę w bębenkach „this love is good, this love is bad, this love came back to me”. Odwracam się, żeby sprawdzić czy on naprawdę tam jest, czuję przecież jego ciepło, zapach i oddech na mojej szyi. I tak… Jest, ale ktoś inny. Za mną stoi Olivier i niczego nieświadomy patrzy w niebo.

Wracam do pokoju bez słowa i zapisuję w pamiętniku:

„You came back

In the morning sun

Sound of a Himalayan stream

Smile of Nepali kids.

You’re here with me

But you’re not here at all.

And when I was looking at the moon

on this crisp November night

I saw you in the shape of him.

A man standing next to me

Wanting to put his hand in mine

Rest his head on my chest

So why I wish you were here?

Tsum Valley

I nagle życie toczy się wokół najprostszych rzeczy. Znalezienia czystej wody, którą można wypełnić butelkę, pustego łóżka ze skrawkiem pościeli, czy toalety, choćby miała być dziurą w ziemi.

Maszerujemy jedno za drugim, moim tempem, czyli tempem małego kaczątka.

A krajobraz zmienia się każdego dnia.

Od pól ryżowych, przez dżunglę, po łyse zbocza. Codziennie poznajemy nazwy kolejnych tysięczników, czasem sześcio-, innym razem ośmio-.

W ciągu dnia zadziwia nas upał. Nocą zadziwia nas mróz. Rozbieramy się, ubieramy i tak na zmianę.

Fizycznie jest ciężko, żałuję, że nie przygotowałam się wcześniej do tego trekkingu. Liczę w głowie przeleżane w Australii minuty i przysiady, których nigdy nie zrobiłam. Z każdym dniem jest łatwiej, ale mimo wszystko męczę się, sapię. Zdarza się, że moją jedyną motywacją jest zbliżający się obiad lub kolacja.

Manaslu góry

Dochodzimy do jednego z ulubionych momentów wspinaczki, wejścia do doliny Tsum, gdzie naprawdę zaczynam odczuwać potęgę gór. Wędrówka tą doliną to dodatkowe siedem dni trekkingu. Jesteśmy gotowi i ciekawi. I trochę wyczerpani.

Tej nocy, we wsi Lokpa (2030 m) po raz pierwszy śpimy w namiocie. Wszystkie pokoje są zajęte, a to dlatego, że zawsze wyruszamy jako ostatni i jako ostatni docieramy do miejsca docelowego. Lubimy jeść długo śniadanie. Wolno się pakować. Wygłupiać przy myciu zębów. Zatrzymywać. A to po to, by poobserwować nepalskie dzieci bawiące się pod szkołą, a to, żeby zjeść batona, a to, żeby zerwać trochę zielonego.

ukulele

Himalaje marihuana

Tego wieczoru palimy tak zwane himalajskie złoto, czyli dziko rosnącą marihuanę. Rozmawiamy o konstelacjach, ekspansji wszechświata i odległych galaktykach. Spoglądam na niego i uświadamiam sobie, że jego oczy wyglądają jak dwie niebieskie galaktyki. A w nich 200 miliardów gwiazd. Zachwycam się nad pięknem naszej wspólnej rzeczywistości. Zapachem himalajskiego powietrza, tak czystego, że mogłabym je wypić i tej słodkiej beztroski, o której pisze się piosenki.

Leżymy na materacach pod gołym niebem. Nagle zza szczytów wyłania się księżyc w pełni. I cieszę się, bo jestem tu i teraz. A nie dwa lata wcześniej. Przestaję podróżować w czasie. Zostaję na miejscu.

namiot

O poranku zauważam jak bardzo poranione są moje stopy. Odciski, otarcia, schodząca skóra… Co wczoraj tylko trochę piekło, dziś jest bólem nie do zniesienia. Moje wysłane przez siostrę buty nigdy nie dotarły do Kathmandu. Kupiłam nowe, próbowałam je rozchodzić, jednak jeden dzień to chyba za mało.

Ale nie martwię się, bo Pan Bóg zawsze zsyła na moją drogę Anioły. I tak mój Anioł, Olivier, to zaprawiony piechur z apteczką pełną wymyślnych leków, maści i plastrów. Zakłada na moje stopy opatrunki i pomaga mi wstać. I choć cierpię, to to cierpienie jest przyjemne, bo ktoś się mną zajmuje. Zapomniałam już jak to jest.

Ollie dotrzymuje mi kroku, mimo tego, że poruszanie się w moim tempie, to dla niego to samo, co robienie super wolnych przysiadów. Nosi mój aparat i statyw. Zawsze pyta, które łóżko bardziej mi odpowiada. Uzdatnia moją wodę specjalnymi kroplami. Pozwala mi nosić swoją czapkę.

A gdy kładziemy się spać tak bardzo mnie rozmiesza, że muszę zakrywać buzię dłońmi, bo inaczej obudziłabym naszych sąsiadów.

I choć bardzo chciałam wyruszyć w Himalaje sama, to cieszę się, że na mojej drodze stanął ten 28-letni, niepozorny Kanadyjczyk.

Czasem wydaje nam się, że największy wzrost można osiągnąć w pojedynkę – bez niepotrzebnych głosów z zewnątrz, wpływów, krzyków. Któregoś dnia spotykasz jednak ludzi, którzy mocno kwestionują to, w co wierzysz, kim twierdzisz, że jesteś i jakimi zasadami żyjesz.

A taka analiza samego siebie, zachowań i nawyków, które są z nami od lat, których czasem nawet nie potrafimy wyjaśnić może wyjść tylko na dobre.

Spoglądając z bliska na życie drugiego człowieka (a na tego rodzaju trekkingu bliżej być się już nie da) odkrywasz nowe ścieżki, ideały, które mogą zainspirować – albo wręcz przeciwnie – zapewnić cię, że twoje dotychczasowe wybory były odpowiednie.

Manaslu koniec doliny

I tak zachody słońca zaczęły inaczej smakować… Nie gorzej, nie lepiej, inaczej. Bo tak naprawdę wszystko sprowadza się do obecności. Obecności drugiego człowieka. I choćbym chciała całe życie przemierzać samotnie świat, to wierzę, że z drugą osobą mogę wyczarować więcej… Piękna, dobra, radości i smutku, wszystkich kolorów. Czy jest coś bardziej niezwykłego od budowania więzi międzyludzkich?

Niestety plastry się odklejają, więc ląduję na fotelu miejscowej lekarki, która opatruje moje stopy i kostki różowym bandażem. Nie chce ode mnie pieniędzy, ale zostawiam jej kilka dolarów.

Znika las i cień zapewniany przez liście, wchodzimy do królestwa słońca. Narzekam na to, że mnie oślepia, nie wiedząc jeszcze, że za chwilę zatęsknię za jego ciepłem.

himalajskie słońce

Nasz przewodnik Pramod, mówi, że od tej pory zamieniamy namaste na tybetańskie pozdrowienie tashi delek. Miejscowi nie chodzą już w dżinsach i puchowych kurtkach, tylko w tradycyjnych, ręcznie szytych strojach. Czyżbym cofnęła się w czasie? Wchodząc do doliny Tsum poznaję pierwotny Nepal, taki, w którym od setek lat niewiele się zmieniło. I jest mi dobrze.

Zatrzymujemy się w Chumling (2385 m) z widokiem na ośnieżone szczyty, gdzie spędzamy dwugodzinną przerwę na obiad. Widzę, jak sauzi, czyli właściciel przygotowuje Dal Bath – najpopularniejszą nepalską potrawę złożoną z zupy z soczewicy, ryżu, szpinaku i ziemniaczanego curry.

Pramod śpiewa radośnie znaną wszystkim piosenkę:

„Dal Bath power 24 hour, outside toilet, no shower”,

a Olivier dopowiada „and lack of power”, bezskutecznie próbując naładować swój telefon.

Pramod wybucha śmiechem. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy mają w sobie naturalną radość i emanują nią każdym słowem. Nawet, gdy opowiadają o reklamówce z marketu na ich buzi maluje się uśmiech. Zawsze chciałam taka być. Taka wesoła, jak nasz przewodnik Pramod.

Po kilku dniach wędrówki po surowych terenach z ograniczonym dostępem do prądu, ciepłej wody i innych zachodnich udogodnień zbliżamy się do końca odnogi zwanej Tsum Valley. Nie jest to koniec trasy, ale jest to koniec naszej trasy, bo powyżej 3700 m n.p.m. nie ma już tzw. teahousow.

Tego dnia odczuwam ból i zawroty głowy i proszę chłopców, by szli trochę wolniej. Olivier ratuje mnie Spotify. Zamiast skupiać się na swoim złym samopoczuciu koncentruję się na słowach piosenek i to bardzo mi pomaga.

Mu Gamba

Dochodzimy do buddyjskiego klasztoru w Mu Gompa (3700 m), a ja przez chwilę czuję się, jakbym grała w filmie. W progu witają mnie dwa białe konie, a między nimi biega zwariowany mnich koło… setki? Spoglądam w dół, a tam stado jaków przeprawia się za granicę, do Tybetu, na zakupy. Modlitewne flagi uderzają moją twarz, a ja próbuję to wszystko jakoś ogarnąć.

– Spałaś kiedyś w namiocie na takiej wysokości? – Olivier rzucił plecak na zimną kostkę.

– Nie, nigdy – uśmiechnęłam się w grymasie.

– Ja też nie. Chodź na górę, uciekniemy od wszystkich – jego oczy zaświeciły się, jak nigdy wcześniej.

Idziemy jeszcze kilkadziesiąt metrów wyżej, ponad zabudowania klasztoru i rozbijamy namiot na 3800 m. Ludzie pukają się w głowy, bo kto normalny wybiera wnętrze namiotu zamiast pokoju?

No my.

Manaslu namiot

Tej nocy nadchodzi test naszej wytrwałości. Najpierw, tuż przed snem, gdy nie mogę oddychać Ollie opowiada mi bajkę o dzielnej dziewczynie z Polski o najpojemniejszych płucach świata. Potem, około północy, gdy ten ma drgawki i silny ból głowy ogrzewam go swoim ciałem. Po kilkunastu minutach usypia.

O poranku moje zmarznięte kości nie chcą się odkleić do cienkiej maty. Otwieram niechętnie okno namiotu, by sprawdzić czy jest jakaś szansa na słoneczną pogodę. Teraz za nią tęsknię.

Manaslu koń

Żegnam się z grupą rozchichotanych mnichów, białymi końmi z groźnym spojrzeniem i puchatym psem jedzącym mączne placki.

Schodząc w dół uświadamiam sobie, że dziś są urodziny osoby, z którą rozmawiałam przez telefon codziennie przez ostatnie pół roku. Która początkowo miała tu ze mną być. I bardzo chcę zadzwonić, złożyć życzenia, mimo tego, że już wcale nie rozmawiamy i chyba nigdy nie będziemy. Ale jak wykonać połączenie telefoniczne z serca Himalajów? Jak powiedzieć tej osobie życzę ci tego, co najlepsze, bo jesteś pięknym człowiekiem i na to zasługujesz?

I zadzwoniłam do niego. Zadzwoniłam jeszcze tej nocy, we śnie. Ja byłam w Warszawie, a on w Krakowie. Ja u niego, a on u mnie. Szukałam tramwaju, pociągu, autobusu. Chciałam tylko zobaczyć jego twarz. On czekał i czekał. Ale ja nigdy nie dojechałam na miejsce.

Manaslu dżungla

Mój nastrój poprawia się, gdy tylko czuję zapach drzew i mokrej gleby. Cieszę się, że wracamy do dżungli, bo surowe tereny, brązy i skały są dla mnie smutne i nieinspirujące. Zielony to mój kolor. Tak jak niebieski, pomarańczowy i żółty.

I kiedy moim jedynym zadaniem staje się wędrowanie przed siebie, czuję, że to jest to, co pragnę robić, jako 26-letnia kobieta. Czy mogę tak po prostu wędrować? Bez łańcuchów wokół nadgarstków i kuli u stóp?

Wdzięczność rozlewa się w moim żołądku. Dziękuję za to, że mogę pracować kilka miesięcy w doskonałym kraju, a kilka kolejnych jeździć po świecie. Decydować o sobie, codziennie. I tak nieustannie odkąd żyję świadomie. Bo dla mnie życie świadome to życie zasadą „robię coś, bo chcę”, a nie „robię coś, bo muszę”.

Piątek 13-go jest najdziwniejszym dniem tego trekkingu. Przechodzimy przez Chumling (ta wioska z najlepszym Dal Bathem), gdzie poznajemy osieroconego bobasa. Jego mama została dzień wcześniej zamordowana w sąsiedniej wiosce. Dzieciątko jest teraz pod opieką sąsiadów, bo ojciec i dziadkowie zbyt ciężko pracują.

Manaslu chłopiec

Pramod opowiada o szaleńcach z gór, którzy rzadko, ale jednak tracą nad sobą kontrolę. Trawersujemy nocą, w dżungli pełnej głodnych misiów, ja bez latarki, bo zdążyłam ją zgubić. Myślę o szaleńcach z gór i zastanawiam się nad tym, czy powinnam wyruszyć na kolejny trekking sama.

Gdy docieramy do Lokpy idę pod prysznic. Dostaję wiaderko z zimną wodą i kabinę 1×1 z małym oknem bez szyby. Stoję naga, zmarznięta, wiatr wkrada się przez wszystkie zakamarki, próbuję namydlić ciało. Gdy sięgam po mydelniczkę zauważam w oknie mężczyznę. Podgląda mnie.

Wołam Oliviera, właściciela i przewodnika, zakrywam się ręcznikiem i otwieram drzwi na oścież. Nie znajdują szaleńcy z gór, musiałam spłoszyć go krzykiem.

Następnego dnia, opuszczając wioskę zauważamy pod oknem zrobioną z kamieni wieżę. To na niej stanął. Ollie podbiega do budowli i rozwala ją z impetem.

W drodze do mostu, który oddziela Manaslu Circut od Tsum Valley Olivier opowiada mi swoje miłosne historie. Idziemy w dół, więc jest przestrzeń w płucach na nieco więcej niż oddech. I dowiaduję się, że jedyna dziewczyna, którą w życiu kochał… I jedyna, która złamała mu serce. Pochodzi z Polski. I ma imię Ania.

Nagle odczuwam jakiś ciężar, bo przypominam sobie wszystkie złamane serca i żal i strach. Ile razy słyszałam, że Anie takie są. On też pyta, czy taka jestem.

trekking wokół Manaslu

Wchodząc na standardowy szlak wokół Manaslu zderzamy się z bardziej zadbanymi pensjonatami, z wifi i zachodnią toaletą. Jest tak tłoczno, że nie ma dla nas miejsca przy stole. Trafiamy na 15-osobową grupę Francuzów i przez chwilę czuję się jak w moim Krakowie, gdzie języki składają się w najpiękniejszą melodię. Zamawiam pizzę, w której… znajduję zakrwawiony bandaż. No to mamy z czego żartować do końca trekkingu.

Ale za to dostajemy pokój z najpiękniejszym obrazkiem na ścianie.

Himalayan gold

Lapachung (5969m) i Chhachung (5996m).

Leżymy na podłodze. Moja głowa na jego ramieniu. Smakujemy himalajskie złoto.

Wyciągam ukulele i śpiewam ulubioną podróżniczą piosenkę The Lumineers, Sleep on the Floor.

Spakuj sobie szczoteczkę do zębów, kochanie
Spakuj sobie ulubioną bluzkę
Weź zlecenie wypłaty i wypłać wszystkie swoje oszczędności
Bo jeśli nie wyjedziemy z tego miasta
To może nam się nigdy nie udać
Nie urodziłem się po to żeby utonąć, kochanie, chodź.

Olivier nagrywa mnie na swoim telefonie. I nie chcę być nigdzie indziej.

Widok na Manaslu

W końcu docieramy pod Manaslu (8156 m), ósmą najwyższą górę świata, wokół której zataczaliśmy koło przez ostatnie dwa tygodnie. Jest piękna,  wygląda doskonale.

W Samagon (3450 m) śpimy aż dwie noce. Mamy tu odpocząć, zaaklimatyzować się, okazuje się jednak, że nasz dzień wolny jest jednym z najbardziej wymagających.

trek most

Decydujemy się na nieobowiązkowe wejście na Manaslu Base Camp. Mamy przejść z 3450 m na 4700 m, a potem pokonać taką samą odległość w dół.

Przy śniadaniu wpadam na genialny pomysł. Wiedząc, że będzie to ciężki fizycznie dzień podłączam się do wifi i ściągam najnowszy album Taylor Swift. Nic mnie lepiej nie odciągnie od mojego kiepskiego samopoczucia niż nowa muzyka.

Wędruję ze słuchawkami na uszach, na początku pełna energii i siły. Mijam turkusowe jezioro, potężny język lodowca, głośne wodospady.

Potem kilka razy tracę ostrość w oczach, chwieję się, siadam na skale. Ta nieustanna walka o oddech. Patrzę w górę, gdzie Ollie idzie po grani, trudniejszym szlakiem, cały on. Widzę jak się męczy, podpiera na swoich zielonych kijach. Chowa głowę między nogami.

Manaslu Base Camp II

Po trzech godzinach i piętnastu minutach docieramy do bazy. To naprawdę dobry wynik. Nasi znajomi potrzebowali pięciu godzin.

Na miejscu zastajemy międzynarodową ekipę, która w najbliższych dniach zamierza wspiąć się na sam czubek Manaslu. Mają kucharza, toalety, pokój do rozrywek. Chodzą bez koszulek, palą papierosy i czekają na dobrą pogodę…

Manaslu Base Camp

Po długiej sesji zdjęciowej siadamy na śniegu i zajadamy się ziemniakami. Ollie opowiada mi o wszystkich potrawach, które zamówi w stołówce, gdy tylko zejdziemy na dół. Pizza, makaron z warzywami, pierożki momo, szarlotka i sajgonki. Wcale się nie zdziwię, jeśli tyle zje.

Cieszę się, że poświęciłam swój „wolny dzień” na tak duży wysiłek fizyczny. Ta wspinaczka na pewno choć trochę przygotowała nasze ciała do przejścia przełęczy Larkya La, gdzie przez kilka godzin będziemy poruszać się na wysokości 5000-5200 metrów.

Bez prysznica, już w łóżku, Ollie mówi, że jest ze mnie dumny.

Do tej pory widział tylko moje kacze kroczki. I chyba do końca nie wierzył, że dojdę do bazy. A teraz patrzy na mnie z dumą.

Samdo

Dwa dni przed najtrudniejszym podejściem, czyli przełęczą Larkya La (5160m) mocno się rozleniwiam. Idziemy 800 metrów w górę, ale powoli, stopniowo. Czuję jakbym była na jesiennym spacerze po parku.

I choć mam tyle tlenu, ile potrzebuję, i choć stąpam po prawie płaskim, to zatrzymuję się i rzucam plecak na ziemię. Oświadczam wszystkim, że nie idę dalej. Po tym wspaniałym osobistym sukcesie, jakim było zdobycie pierwszej bazy Manaslu siadam na kamieniu i zakładam ręce. Ollie robi to samo.

Czasem żal mi naszego przewodnika. Nie jesteśmy trudnymi klientami, ale moglibyśmy sobie odpuścić takie zachowania. Po siódmym dniu nasze ciała miały się przyzwyczaić do wysiłku i przyjąć maszerowanie za nowy sposób funkcjonowania. Dzisiaj jest dzień 14. Nie jest lepiej. Z każdym dniem jest trudniej. Przestaję liczyć ile dni już idę. Liczę ile dni zostało do końca.

Dharmasala, to w dosłownym tłumaczeniu miejsce wypoczynku pielgrzymów. Ostatnia wioska przed najtrudniejszym podejściem położona jest na 4400 metrów. Nie ma tu pensjonatów. Kilkanaście żółtych namiotów stanowi schronienie dla około pięćdziesięciu turystów. Ollie, jak to on, upiera się przy rozbiciu swojego namiotu. Z daleka od wszystkich, na grani, za rzeką. Podziwiam jego zacięcie.

nomiot oliviera

Ja wolę spać w ichniejszym namiocie, bo dzięki temu nie będę musiała wstawać wcześniej, by go złożyć. A wstajemy wcześnie rano, powinnam powiedzieć w środku nocy, bo o 2:45.

I nagle znajdujemy się w chmurach. Zaczyna padać śnieg. Widzę zmartwienie na twarzach przewodników. Gorliwie dyskutują, nic nie rozumiem, zastanawiam się czy jest sens jutro wychodzić. Chcę to przełożyć, odłożyć, może nawet zawrócić. Przypominam sobie wstrętną chorobą wysokościową w bazie pod Annapurną i najzwyczajniej boję się jutra.

– Proszę pomódlcie się – Pramod łapie nas za rękaw. – Ja się pomodlę do swojego Boga, a wy się pomódlcie do swoich. O dobrą pogodę.

Nie pomaga fakt, że to moja pierwsza samotna noc. Olivier kładzie się ze mną na chwilę i opowiada mi bajkę o misiu polarnym, który uratował drugiego misia, gdy ten dryfował po lodowatym oceanie. I wiem, że jeśli jutro zacznę dryfować, to też będzie miał mnie kto uratować.

Ale i tak się martwię. Nie tylko o powodzenie jutra, ale też o Olliego, którego namiot znika za chmurą.

Wstaję wypoczęta. Zegarek wskazuje 2:50. Pakuję kilka paczek ciastek, litr wody i wychodzę na zewnątrz. Świat pokryty jest białym puchem.

Teraz naprawdę przydałaby się czołówka. Jest tak zimno i ciemno, że jedyne o czym marzę to, żeby po prostu wyruszyć. Nie czuję stóp, ani palców dłoni. Kolejne grupy startują. Światła ich latarek coraz mniejsze, w końcu znikają za rogiem.

I znowu mój Anioł podaje mi rękę. Zamiast pod swoje stopy, świeci pod moje. I idzie powoli, moim tempem. A ja do tego wszystkiego ciągle się zatrzymuję. Raz mi gorąco, a raz zimno. Muszę do łazienki. Upuszczam kijki. Tracę nad sobą cierpliwość. Boję się ciemności. Spoglądam w niebo doszukując się chociaż smugi światła. Walczę o każdy oddech. Nie mam nawet siły sięgnąć po słuchawki.

Muszę rozproszyć myśli. Muszę przestać skupiać się na ciele. Słyszę Oliviera. Dziękuje mi za to, że rano podzieliłam się z nim tybetańskim chlebem. Nie odpowiadam, bo najzwyczajniej brakuje mi tchu.

Manaslu widok

Wyciszam się dopiero o brzasku. Światło ma w sobie ten niesamowity dar odczarowywania świata. Znowu ratuje mnie słońce. Obiecuję sobie, że już nigdy nie będę na nie narzekać.

Mijamy zamarznięte jeziora, najwyżej położoną kawiarnię (4900 m), uciekamy przed śnieżną burzą, którą mamy za plecami i po prawie pięciu godzinach docieramy do celu.

Larkya La Pass

Larkya La Pass, 5160 m.

Słońce jest wysoko, ale ciągle za chmurą. Zaczynamy zejście, chyba jeszcze trudniejsze od wejścia, bo pod pokrywą śniegu znajduje się lód. Czy moje palce naprawdę zamarzły? Nie mogę nimi ruszyć, więc robię najgłupszą rzecz na świecie. Schodzę w dół po lodzie z rękami w kieszeniach. Nie jestem w stanie utrzymać kijków. Chcę tylko ogrzać moje dłonie. Kiedy to się skończy?

Z każdym krokiem moje oddechy są pełniejsze. Ciało cieplejsze. Zbiegam w dół, chcę już być w Bimthang (3600 m). Położyć się i spać całą dobę.

Około 13:00, czyli po dziewięciu godzinach wędrówki w zasięgu wzroku pojawiają się domki z niebieskimi dachami. Dopiero teraz się uśmiecham. Dopiero teraz czuję ulgę.

Przez trzy tygodnie wędrowałam od wschodu do zachodu słońca po najpotężniejszych wzniesieniach świata. Zmęczona i wdzięczna kładę głowę na poduszce. Dziś oddaję lepsze łóżko Olivierowi.

I choć chciałam iść sama to cieszę się, że poszłam z nim.

Bo nie zawsze dostajemy to, czego chcemy. Ale zawsze dostajemy to, czego potrzebujemy.

jestem Ollie

Już w Pokarze spakował się i wyszedł z naszego błękitnego królestwa.

Ciągle czuję jego ostatnie objęcie, żebra odbite na moich. Widzę kąciki ust zapadające się w dół w uśmiechu. Spoglądam jeszcze przez okno. Odwróci się?

Wysyła buziaka w powietrzu.

A gdy znika za budynkami sięgam po ukulele i śpiewam cicho „jak to dobrze mieć za kim tęsknić”.

 

3

 likes / 24 Komentarze
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Dawno nie czytałam czegoś tak pięknego <3 Dzięki!

  • Marlena Humska

    Piękna historia! Super bylo to przeczytac!

  • Agata

    Co za piękny wpis. Nie mogę się doczekać żeby przeczytać Twoja książkę. A gdzie teraz ruszył Oliver? I jakie są Twoje plany? Cokolwiek to jest, trzymam za Ciebie kciuki i życzę powodzenia. Jesteś wspaniala inspiracją!

    • Dziękuję. Mam w sobie potoki słów, które chcę przelać na papier. Czekam tylko na moment, w którym będę miała swój kąt i pieniądze. Nie chcę być artystką z kawału, jedzącą piętki. Ollie poleciał do Wietnamu. Zimę spędza w Japonii, a potem przeprowadza się do Nowej Zelandii na rok. Będziemy sąsiadami, bo ja w Australii, a on w NZ. Ściskam!

  • Mika

    Hej Nadia, piękny wpis! Życzę Ci powodzenia w dalszych podróżach 🙂 A ja już od dawna myślę o wyjechaniu gdzieś, chociaż na chwilę. Chociaż nie sądzę, że się nadaję na podróżowanie samemu. Podziwiam Cię 🙂

    • Cześć Miko, dziękuję. Skoro serducho woła, to słuchaj i jedź. Bo i tak nie da Ci spokoju ;). Wybierz bezpieczny kierunek i spróbuj samotnego podróżowania. Kto wie, może Ci się spodoba?

  • joanka

    Super opowiadanie i zdjęcia 🙂 Mam pytanie jak wygląda sprawa ze sprzętem na takich wyprawach, można go wypożyczyć? My wlasnie wybieramy śpiwór, jedziemy do azji na kilka miesiecy i jednym z punktów ma być też trekking. Zastanawiamy się jaki śpiwór kupić, zwłaszcza jeśli chodzi i zakres temp, żeby byl w miarę uniwersalny Mogłabyś coś doradzić, większość czasu będziemy bardziej na południu więc pewnie taki 5- 10 st comf przy spaniu w namiocie wystarczy.

    • Hej, wypożyczyłam -20 za 1 dolara dziennie. Ale -20 to on nie był. Zamarzałam przy -5. Tu można wszystko wypożyczyć. Śpiwór, buty, kurtkę, kijki. Nie martwcie się :). Udanej podróży!

      • joanka

        Dzięki wielkie, a na poludniową Azję co bys poleciła do spania w namiocie? bo sie zastanawiam czy nie bedzie za cieplo taki 5- 10 st

  • Świetnie się czytało. Wspaniała historia. Ten widok z okna przypomniał mi widok z okna jaki miałam w Batadzie na Filipinach. Czekam na kolejny praktyczny wpis, w marcu planuję trek wokół Manaslu. Boję się tej cholernej choroby wysokościowej. Pisałaś może gdzies na blogu co się stało pod Annapurną? A może lepiej jak nie będę tego czytała 😉

    • ps. jeśli opisałabyś sprzęt niezbędny byłoby super. Jestem na etapie poszukiwania butów, kurtki i śpiwora i już dostaję szału od natłoku info 😉 Może Twój wpis mi pomoże wreszcie ogarnąć zakupy – lub jak czytałam niżej odpuścić i wypożyczyć na miejscu 🙂

  • Natalia Panas

    cudowne cudowne cudowne. I tekst i zdjęcia. Bardzo inspirujące. Chciałabym napisać coś mądrego, ale ograniczę się do dziękuję <3

  • Niełatwo jest pisać z taką szczerością. Każdy nowy wpis lepszy od poprzedniego.

    Również czekam na książkę 🙂

  • ‚happiness is only real when shared’

  • Michalina Okreglicka

    bardzo inspirujacy wpis, czytalam i mialam lzy w oczach, piekna dziewczyno osiagnelas tak wiele!

    • Dzięki Michalino! Cieszę się, że tekst Cię zainspirował. Pisałam go dla was, z otwartym sercem. Ściskam!

  • ewa

    Ja aż nie wierzę.. Jak to tak się rozjechaliscie? Jak to tak pozwolić odejść człowiekowi, który.. No wiesz. Był tam dla Ciebie a Ty dla niego.
    Nie ogarniam. Przepiękna opowieść, szczerość, zawzięcie i odwaga. Ale myślę że wielka jest też teraz tęsknota za nim.

    • Niektórzy pojawiają się w naszym życiu tylko na chwilę. I tak, jest tęsknota za nim. Ale też wdzięczność za ten wspólny czas.

  • Piękna historia… Kurczę, jeszcze niedawno czytałam o Twojej podróży dookoła świata i marzyłam o własnej, a teraz już jesteśmy w drodze od 3,5 miesiąca (planujemy około roku). Za nami Kostaryka, Panama i Kolumbia, aktualnie jesteśmy w Ekwadorze 🙂 Dzięki za bycie inspiracją! Może nasza podróż też kiedyś dla kogoś będzie… 🙂 http://radzimysobie.pl/

    • Gratuluję! Wspaniale Cię tu widzieć. Jeszcze z takimi wieściami <3 Szerokiej drogi i dobrych ludzi :*

  • Cmiel

    Cudowna opowiesc 🙂 Zazdroszcze umiejetnosci ‚lapania chwili’.
    Bylam raz w Nepalu i marze o tym, zeby wrocic. Planowalam trekking ABC, choc mysle o altermatywnych trasach, wlasnie mniej komercyjnych. Przeraza mnie tylko koszt calego przedsiewziecia. Przelot, wynajecie przewodnika no i sprzet…moglabys cos wiecej napisac? Wspominalas, ze mozna wypozyczac rozne rzeczy, ale ja zastanawiam sie, na jakim ‚poziomie’ powinny byc ubrania, buty, namiot. Obawiam sie, ze opcja ‚decathlon’ bylaby jednak za malo wystarczjaca.