04
Paź-2016

3 historie z mojej ostatniej podroży, które zainspirują cię do zmian

misja

Na środku alpejskiego jeziora Bled w Słowenii znajduje się kościół, a w nim magiczny dzwon, który spełnia życzenia. Wystarczy wypowiedzieć w myślach marzenie i pociągnąć za sznur. Jeżeli dzwon zabije, to twoja prośba się wypełni.

Stałam w maleńkim kościele położonym na zielonej wysepce i patrzyłam na splecione nici. Chwyciłam je mocno i wyszeptałam: chcę odnaleźć drogę, która doprowadzi mnie do spełnienia zawodowego i osobistego. Chcę odnaleźć życiową misję, której szukam od tak dawna. Wywołana uderzeniem melodia rozproszyła się po klasztornych zabudowaniach. Siła magicznego dzwonu zaczęła działać jeszcze tego poranka.

W ciągu pięciu dni w Słowenii poznałam pięć osób, które osiągnęły szczęście. Odrzuciły konwenanse, posłuchały intuicji, sprawdziły się w zupełnie nowej roli. Odnalazły złoty środek – tak upragniony i poszukiwany przez wielu z nas. Pasja tych ludzi stała się ich życiem, codziennym życiem.

Jak w ogóle znalazłam się w Słowenii? Pojechałam tam na zaproszenie Best Press Story, agencji zajmującej się promocją kraju. Przez cały czas towarzyszyła mi Majda – uśmiechnięta kobieta po 40-stce pracująca na zlecenie firmy. Mój program był tak intensywny, że od wschodu do zachodu słońca nie miałam chwili, by odsapnąć. Pływałyśmy kajakami, gondolami, wspinałyśmy się po górach, byłyśmy goszczone przez cudownych ludzi i pojone ogromną ilością domowych trunków. Robiłyśmy mnóstwo ciekawych rzeczy… Podczas jednego z przejazdów samochodem i kolejnej długiej rozmowy zapytałam Majdę o co poprosiła w tamtym kościele.

– Chciałabym odnaleźć życiową drogę, misję – wiesz co mam na myśli? – zapytała Majda.

– Chyba żartujesz? To było moje życzenie – odpowiedziałam, po czym obie wybuchnęłyśmy śmiechem.

Wychyliłam głowę przez okno i pozwoliłam powędrować myślom. W tamtej chwili uświadomiłam sobie, że od początku mojego pobytu w Słowenii trafiałam na ludzi, którzy zaryzykowali, zmienili ścieżkę kariery, by w końcu osiągnąć spełnienie zawodowe. Droga do sukcesu, choć pełna nadziei, wiary i miłości nie była łatwa. Wręcz przeciwnie. Bohaterowie (tak chcę ich nazywać) musieli pokonali mnóstwo przeszkód – finansowych, prawnych i społecznych.

Stojąc w tamtym kościele prosiłam o inspiracje. Prosiłam o to, by na mojej ścieżce stanęli ludzie, którzy pokażą, że można postawić wszystko na jedną kartę i wyjść z tego zwycięsko. Mocno wierzę w to, że świat jest pełen możliwości wykorzystywania swojego potencjału. Wierzę też, że swoją otwartością i pozytywną energią przyciąga się do siebie ludzi, którzy wspomogą i wesprą w realizowaniu marzeń. Tak też się stało. O moim marzeniu przeczytacie na końcu wpisu, a teraz poznajcie historie trzech bohaterów, którzy udowodnili mi, że chcieć to móc.

slowenia

Cena marzeń. Camp Menina

Historia Juriego, a przynajmniej jej początek przypomina mi smutną opowieść o Karolinie, studentce polonistyki z tego wpisu. Jurij miał zostać znanym i poważanym ortopedą. Tak przynajmniej planowała jego mama. Wybrała mu studia, wspierała go i uważnie śledziła szkolne wyniki. Rodzina liczyła na to, że chłopak odniesie sukces na polu medycznym. Pewnego dnia Jurij udał się do rektora z prośbą o wyrażenie zgody na zorganizowanie studenckiej imprezy plenerowej. Profesor spojrzał na niego i zapytał:

– Jurij, co ty masz zamiar zrobić ze sobą po studiach? Jesteś na półmetku. Czy chcesz się w przyszłości zajmować ortopedią?

– Panie profesorze, mam pewne marzenie. Chciałbym kupić kawałek ziemi i otworzyć pole kempingowe. Pracować na zewnątrz, być aktywnym, organizować spływy kajakowe i górskie wycieczki. Problem jest taki, że studiuję ortopedię i nie mam żadnych oszczędności.

– Nie poddawaj się tak prędko. Chyba nie chcesz spędzić całego życia pracując w zawodzie, który nie będzie ci przynosił żadnej satysfakcji? – odpowiedział sędziwy profesor.

Kilka dni później rektor przekazał Jurze kontakt do znajomego, który zamierzał sprzedać stare, zapuszczone pole kempingowe. Chłopak postanowił kupić teren i zbudować najlepszy kemping w Słowenii – z masą atrakcji dla dzieci i dorosłych. Rzucił studia, pożyczył pieniądze z banku i wziął się do ciężkiej pracy. Dopiero po czterech latach biznes zaczął przynosić zyski. Jak sam przyznał były to najcięższe lata jego życia. Po odejściu z ortopedii matka nie odzywała się do niego przez trzy długie lata. Brak wsparcia ze strony rodziny, rosnące długi, biurokracja – czy wy byście się nie poddali? Jurij parł do przodu, bo mocno wierzył, że jego plan ma szansę wypalić. I tak się stało. Dziś Camp Menina to imponujący ośrodek wypoczynkowy z własnym jeziorem, parkiem linowym i dostępem do rzeki. Co roku gości tysiące osób, a wiele z nich wraca do Jurij każdego lata. Gospodarz opowiedział mi tę historię przy przepysznym wegańskim posiłku przygotowanym w jego restauracji. A na koniec dodał:

„Nigdy nie rezygnuj z osiągnięcia celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie…”

slowenia-loko

Trunek szczęścia. Loko Loko

Na zielonych wzgórzach na południe od miasta Sostanj stoi dom należący do Mariji i Hermana. W jego piwnicach znajdują się pracujące 24 godziny na dobę maszyny. Tuż przed domem wiją się liście chmielu, z których gospodarze produkują złocisty trunek – piwo o zabawnej nazwie LOKO LOKO.

Na miejsce docieramy w środku nocy. Temperatura spada do 15 stopni, do tego zaczyna lać, więc niechętnie wygrzebuję się z ciepłego samochodu.

– Dober večer, dziewczyny. Macie tu po szklance whisky domowej roboty. Niech was zagrzeje, bo dziś będziecie spać w stodole, na sianie! – krzyczy Herman, właściciel gospodarstwa.

Wszystko zostaje wypowiedziane po słoweńsku, więc rozumiem co trzecie słowo. Na szczęście jest ze mną Majda, a także Barbara – przewodniczka po regionie –, która dokładnie tłumaczy każde zdanie. Wychodzimy po drewnianych schodach, zawijamy się w biały koc-prześcieradło i zamykamy oczy. Ku mojemu zdziwieniu budzę się wypoczęta. Otrzepuję się z siana i wychodzę do ogrodu. Wiecie dlaczego lubię przyjeżdżać w nowe miejsce nocą? Bo rano czeka mnie miła niespodzianka w postaci takich widoków :):

slowenia-loko

Marija i Herman produkują rocznie 50 000 litrów piwa, a ich marka LOKO LOKO jest coraz bardziej rozpoznawalna w regionie. Dlaczego podjęli się domowej produkcji alkoholu? Państwo Irman-Kladnik zbliżali się do wieku przedemerytalnego i szukali zajęcia na stare lata. Poszukując pomysłów na biznes trafili na człowieka, który sprowadzał z zagranicy maszyny do warzenia piwa. Kilka miesięcy po (miałoby się wydawać) nic nieznaczącej rozmowie o trunkach, w piwnicy małżeństwa stanął profesjonalny sprzęt do warzenia piwa. Marija i Herman odnaleźli wspólne hobby, które nie tylko zbliżyło ich do siebie, ale również przyniosło dobry zarobek.

slowenia-apat

Nowe życie. Dom podróżnika Apat

Gdy Laura przekroczyła próg jadalni, pokój wypełnił się dobrą energią. 35-letnia brunetka o krótkich włosach była w widocznej ciąży, a u jej stóp biegał dwuletni chłopiec. Podeszła do stołu, uśmiechnęła się szeroko, po czym postawiła przede mną chleb, sól i wódkę.

– Witaj w domu podróżnika, w moim domu. Jest mi bardzo miło cię gościć – odrzekła spokojnym, aksamitnym głosem.

Laura wraz z mężem Peterem pracowali kiedyś w dużych korporacjach w Lublanie, stolicy Słowenii. Pani architekt i pan inżynier mechaniki wiedli szybkie, miejskie życie. Ich zarobki pozwalały im utrzymać piękne mieszkanie, bawić się i podróżować. Po jakimś czasie tęsknota za wiejskim krajobrazem i chęć założenia rodziny przywiodły ich do malowniczej wioski Gaberke.

To tu, w domu na zielonym wzgórzu obudziła się w nich silna motywacja do prowadzenia własnej działalności. Tak powstał Apat – dom podróżnika z domową kuchnią. Minął miesiąc od mojej wizyty w Słowenii a ja dalej pamiętam ten maślano-serowy smak zupy dyniowej. To u Laury skosztowałam najlepsze dania kuchni słoweńskiej – wszystko w wersji wegańskiej. Po kilkudaniowym obiedzie przyszedł czas na rozmowę.

– Nadia, powiem ci szczerze, że życie na wsi i prowadzenie gospodarstwa jest o wiele cięższe od pracy w biurze. Przynajmniej fizycznie. Codziennie wstaję ze wchodem słońca, karmię zwierzęta, przygotowuję śniadanie dla gości, plewię w ogrodzie, podlewam nasze warzywa, sprzątam, gotuję obiad i tak dalej, i tak dalej. Mój dzień kończy się o 22:00, gdy wszyscy kładą się spać. Ale wiesz co? Nie zamieniłabym tego na moje stare życie. Ba! Nie zamieniłabym tego na nic innego! Praca na własny rachunek w bliskości przyrody daje mi ogromną satysfakcję. To też doskonałe miejsce do wychowywania dzieci. Kiedyś z mężem widywaliśmy się od święta. Dziś spędzamy ze sobą każdy dzień – opowiadała, a jej oczy migotały wesoło.

slowenia-apat-1

Wierzyłam jej. Wierzyłam i trochę zazdrościłam. Z jej serca płynął spokój i radość. Wraz z mężem stworzyli piękny, ciepły dom, w których goszczą turystów z całego świata. Codziennie wstają z uśmiechem na twarzy i z uśmiechem kładą się spać. Czy to nie jest cholernie piękne?

Podczas kilku dni w Słowenii na mojej drodze stanęły osoby, które sięgnęły po marzenia, zaryzykowały, odnalazły balans i stabilizację. Tych inspirujących bohaterów było więcej. Chłopak, który rzucił dobrze płatną posadę w firmie informatycznej, by otworzyć pierwszą w kraju szkołę rzecznego surfingu czy małżeństwo, które postanowiło zająć się odnową zabytkowych, przedwojennych budynków. Cieszę się, że mój pierwszy press trip spędziłam w towarzystwie otwartych, pozytywnych i pracowitych ludzi. Dało mi to nadzieję i motywację do dalszej pracy.

A wracając do poranka w kościele z magicznym dzwonem i wypowiedzianego w nim życzenia… W tym tygodniu urzeczywistniło się jedno z moich wielkich marzeń. Przez najbliższe miesiące będę pracować nad dużym projektem. Przyszedł czas na zmiany, na tworzenie czegoś nowego. Już nie będę się spieszyć. Mam biurko, komputer i okno z widokiem na las. Chyba wiecie co się szykuje?

Opowiem więcej we wpisie, który opublikuję w ten czwartek.

I pokażę wam mój nowy dom.

3

 likes / 13 Comments
Poleć ten post:
Jeśli chcecie być na bieżąco z moim blogiem zapiszcie się do newslettera. Raz w miesiącu napiszę do was list.

  • Nie ma nic bardziej motywującego, niż pozytywni ludzie, którzy dzielą się dobrą energią, utwierdzając w przekonaniu, że warto walczyć o swoje marzenia. Wiesz co? Jesteś jedną z nich 🙂 Dzięki za stawanie na moich internetowych ścieżkach!

  • Obawiam się tylko co by było gdyby wszyscy nagle, w jednym momencie, pod wpływem jednej genialnej, przełomowej książki coachingowej rzucili wszystko o otworzyli lokalne wytwórnie serów, małe winiarnie, zakłady lutnicze i garncarnie. Wyprowadzili się z dużych miast, odnaleźli balans. Oczywiście nie grozi nam to, za dużo ludzi ma za duże długi, kredyty i inne, ale tak się właśnie zastanawiam co by było….

    • Małgorzata Zwierz

      Wrócilibyśmy do czasów, gdy ludzie zajmowali się rzemieślnictwem i drobnym handlem, a nie przemysłową produkcją towarów i usług. Ale to se uż ne wrati 🙁

  • To chyba marzenie większości ludzi 🙂 Balans między tym co lubimy robić, a tym co daje też niezły zarobek.
    Najbardziej z trzech opowiedzianych historii podoba mi się ta o starszym małżeństwie… kurczę, mam wrażenie, że w Polsce wiele osób na myśl o zbliżającej się emeryturze i starości się stresuje jak to będzie, czy wystarczy kasy od pierwszego do pierwszego itp. A nie, jaki by tu biznes otworzyć 😀 Mega fajna sprawa!

  • Agnieszka

    Bardzo lubię czytać historie ludzi, którzy własną determinacją, a często i na przekór wszystkiemu potrafią iść swoją ścieżką do celu. Tak obrazowo opisałaś siebie w tym kościele, że Ciebie w nim zobaczyłam :-D. Niech Ci się spełni. Pozdrawiam.

  • Wspaniałe jest spotykanie inspirujących ludzi, to bardzo motywuje do dążenia do własnych marzeń, nawet jeśli inni je krytykują. W końcu nikt za nas życia nie przeżyje!

  • Aleksandra Taskin

    inspirujący wpis. Stoję własnie na rozdrożu i wiem, że nadszedł czas, zeby zmienic swoje życie. I dzisiaj zrobiłam pierwszy krok 🙂

  • Marta

    Jak widać, na przykładzie tych historii, słusznie się mówi się, że każde marzenie dane jest nam razem z siłą do jego realizacji…

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec